Archiwum

Archiwum dla Luty 2012

Między Onetem a Studiem Opinii

Luty 29, 2012 12 uwag


Czy można napisać klarowny tekst o zasadach? To jakiś absurd. W obliczu sieciowych realiów, samo pytanie o potencjalnego odbiorcę potrafi zniechęcić. Postanowiłem jednak skierować swoje słowa do “otwartych głów” czyli ludzi, którzy rozumieją problem ale przeżywają katusze z powodu nieuporządkowania własnych myśli oraz tych, którzy podświadomie czują, że coś w naszej rzeczywistości szwankuje lecz nie są w stanie swoich emocji w twórczy sposób zmaterializować. O unikalności dzisiejszej notki niech świadczy to iż nie chcę by była ona ubolewaniem nad stanem społecznego morale czy dyktatem pt. jak być powinno. Napiszę raczej o tym, że zasady są raczej przeszkodą niż wartością dodaną. Zgnębię je po prostu a uczynię tak dlatego, że doczekaliśmy się czasów, w których – metaforycznie – łatwiej poznać boga dzięki analizie postępków szatana niż korzystając z tradycyjnych i powszechnie dostępnych metod. Taki mam zamysł.

“Niech słowa bronią się same”

Jeden z genialnych choć niezbyt znanych ekonomistów, szukając wyjaśnienia przyczyn wynaturzenia tych, którym powierzamy ochronę swych oszczędności i bytów, stwierdził, że “wartości moralne zawsze zostaną wystawione na poważną próbę w obliczu możliwości poważnego zwiększenia stanu posiadania lub wpływów”. Parafrazując zacytowaną myśl uzyskamy równie trafną ocenę postaw społeczeństw: “Wartości moralne zostaną wystawione na poważną próbę także w zetknięciu z widmem nędzy lub braku znaczenia”.

Wspominam o obu biegunach chcąc ukazać to iż najbardziej moralnych postawy należy spodziewać się wśród ludzi przeciętnych, niezamożnych i niebiednych, nieposiadających wielkich wpływów ale i nie znajdujących się na marginesie znaczenia. Taki punkt widzenia jest zgodny ze stanem faktycznym, gdyż najczęściej wymieniamy jako osoby prawe swoich rodziców, nauczycieli – ludzi, których nazwiska nie są powszechnie znane a jednak wywarły i wywierają ogromny wpływ na nasze życia. Niejednokrotnie osoby takie są ważnymi punktami odniesienia w kreowaniu własnych postaw, nierzadko znacznie silniejszymi od wzorców moralnych proponowanych przez religię, politykę czy choćby literaturę. W obliczu różnorodnych decyzji często zadajemy sobie pytanie o to “co o mojej postawie pomyśleliby rodzice, nauczyciele, czy swoją postawą nie narazimy ich na rozczarowanie czy inne konsekwencje?”. Tego rodzaju hamulec moralny jest o wiele sprawniejszy fizycznie niż świat wyidealizowanych bohaterów czy bogów, których szanujemy choć siła ich oddziaływania jest nieporównywalnie mniejsza. Czy można narazić na przykrość nieżyjącego do tysiącleci mędrca?

Przed popełnianiem różnorodnych wykroczeń wobec zasad, ogromną część ludzi, powstrzymuje odpowiedzialność za własne nazwisko a więc prestiż rodziny, odpowiedzialność za prestiż wykonywanego zawodu, niechęć naruszenia pozytywnej lub neutralnej opinii ludzi będących naszymi sąsiadami. Dotykamy tutaj obszaru pośredniego, znajdującego się gdzieś między herosami a ojcami, obszaru który odgrywa rolę ‘warunkową’, gdyż możemy jego ograniczającą moc zdjąć zmieniając nazwisko, zawód, miejsce pobytu.

Do złamania zasad dochodzi najczęściej w obliczu uświadomienia sobie kryzysu obowiązującego systemu moralnego choć warto podkreślić iż określenie “złamanie zasad” jest nieadekwatne, gdyż mowa o rodzaju swoistego wyzwolenia się, wyzwolenia swojego pozytywnego JA z pajęczyn norm budzących bardziej instynktowną niż uświadomioną niechęć. Potrzeba takiego wyzwolenia pojawia się gdy przestrzeganie zasad zostaje obciążone szantażem, obłudą lub niekonsekwencją. Konflikt może wystąpić z różnym nasileniem na trzech opisanych wcześniej płaszczyznach – gdy zawiodą bogowie, herosi, rodzina.

Jak najprościej scharakteryzować przyczynę “zawodu”? Otóż pojawi się on gdy wpajane zasady ograniczają możliwość kreowania własnego życia w poszanowaniu uniwersalnych norm. Gdy okazuje się że żaden system wierzeń czy praw nie jest wiecznie użyteczny. “Moralna postawa wielu niewierzących osób powinna zawstydzać wierzących” – stwierdził niegdyś bp. Życiński i nie sposób odmówić mu racji. “Tak się nie godzi” – wczoraj, jest archaizmem dzisiaj. Niekoniecznie z powodu świadomej chęci złamania norm pożytecznych. Tzw. “ZŁO” nigdy nie zasypia. Najczęściej to ono otwiera pierwsze, nieprzekraczalne wcześniej wrota. Spójrzmy na pojęcie “klasy”. Czy człowiek z klasą potrafi dziś obronić się? Czy klasa przysparza mu szacunku? Możemy wiele mówić o umieraniu z czystym sumieniem ale trudniej taką ideę przekazać człowiekowi, przed którym jest całe życie. Lista odstępstw powiększa się z każdą chwilą, moralność przestaje być praktyczna. Dokonuje się często sprzeniewierzeń zasadom po to by osiągnąć jak najbardziej szlachetne cele. Czy cel uświęca środki? Zapewne nie każdy cel i nie każde środki.

Różnice są zatarte. Rozmyły się moralne punkty odniesienia. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy zarzut złamania zasad czyni nam osoba prawa czy nikczemna. Wiara zaoferowała maluczkim bierne poddanie się doznawanemu cierpieniu choć instytucja wiary jakoś nieszczególnie zainteresowana jest ustępowaniem pola “wojującemu ateizmowi”. Kto może powiedzieć nam dziś o tym czy źle postępujemy? Możemy liczyć wyłącznie na własne sumienia a te – jako wynoszone z rodzinnych domów – miewamy bardzo różne.

Jakie są granice obrony? Czy mamy prawo wyprzedzać ataki? Czy mamy prawo reagować na działania które subiektywnie uznajemy za niewłaściwe? Czy mamy prawo wołać o opamiętanie gdy jedyną korzyścią, którą możemy zaproponować jest spełnienie naszego osobistego poczucia praworządności? Niełatwo o tym mówić, ale jakie wzorce moralne wynosi z domu potomek chłopa który zdzierał odzienie z dogorywającego żołnierza, czy to własnego czy wroga? Jakich wzorców moralnych oczekiwać u potomków tych, którzy kradną telefony komórkowe z miejsc katastrof? To prawda że postawy takie wynikają często z chwil słabości zwykłych, na co dzień przyzwoitych ludzi. Jednak powstałe wyłomy trudno załatać. Powstaje precedens na który powołują się nazajutrz wszelkie szumowiny.

Czym jest w ogóle moralność? My, Polacy mamy podwójny problem, gdyż jesteśmy rozdarci między humanizmem a zasadami “powszechnej” religii. Humanizm mówi o szybkiej i nieuniknionej (niekoniecznie surowej) karze za przewiny wobec drugiego człowieka, religia zaś, oferuje rozliczenie pośmiertne a przy okazji kilka pośrednich rozgrzeszeń po spowiedzi jeszcze za życia. System prawny i polityczny blokuje nas nie tyle przed popełnianiem występków co przed zwykłym spokojnym życiem. Rozwodzący się rodzicie nie pozostawiają dzieciom wzorców dotyczących lojalności wobec najbliższych choć żyjąc wbrew wygasłemu uczuciu dają wzorce równie fatalne. Osoby publiczne nie rozumieją tego, że są osobami publicznymi – zresztą, skąd miałyby czerpać wzorce?

Czy w ogóle istnieje popyt na zasady w świecie, w którym zasady mogą ograniczyć możliwość osiągania indywidualnych celów i samo wspominanie o nich budzi szaleńczy lęk przed utratą swobody samostanowienia? Refleksja nad korzyściami wspólnoty ogranicza się do stwierdzenia podziału na “my” i “oni”. W okolicach roku 1989 wyrwaliśmy się z ciemnicy i zaczęliśmy pędzić w poszukiwaniu nieosiągalnych wcześniej dóbr, zysków, władzy, znaczenia, widoczności. Nie zatrzymaliśmy się do dziś, rujnując wizję stworzenia fundamentów na których można oprzeć coś trwalszego, fundamentów, które dziś kojarzymy z zachowywaniem klasy na wiejskim jarmarku, a mowa przecież o kulturze, cywilizacji, wolności.

 

 

bez odpowiedzi

Luty 28, 2012 13 uwag

W sieci pojawiają się niekiedy krótkie filmy ukazujące bestialstwo Talibów, Czeczenów czy aktywistów Hamasu. Filmiki te zawierają zazwyczaj dwie tezy. Pierwszą tezę stawiają autorzy filmów, którzy chcą przestraszyć swoich wrogów i złamać ich morale. Drugą tezę stawiają ci, którzy takie filmy “puszczają dalej”. Druga teza brzmi prosto: “To zwierzęta!”. Przeczytałem niedawno pewną książkę. Egzekutor z polskiego podziemia (AK) opisywał w niej swoje wojenne losy. O ile sama treść została podważona przez jednych i uwiarygodniona przez drugich to nie istnieją wątpliwości co do tego, że akowcy wykonywali liczne wyroki na przeciwnikach politycznych, kolaborantach, okupantach. Z polskiego punktu widzenia były to działania jak najbardziej uzasadnione. Ilekroć staram się wejść w rolę oglądanych na filmach zbrodniarzy potrafię znaleźć bardzo klarowne uzasadnienie ich działania. Biorę również pod uwagę to iż filmy dotyczą stanu wojny i moje moralne nastawienie – człowieka żyjącego w pokoju – jest całkowicie nieadekwatne do okoliczności. Widzę ludzi czyniących zło, ale rozumiem również realia, które pchnęły ich do takich postaw. Rozumiem te okoliczności w taki sam sposób w jaki rozumiem kanibalizm w oblężonym Stalingradzie.

 

 

Centrum ateizmu

Luty 27, 2012 15 uwag


Widz Tv Trwam nie był w stanie określić dokładnej daty przeniesienia centrum ateizmu z Moskwy do Brukseli ale domagał się od goszczącego w studiu profesora szczegółowych wyjaśnień. Profesor podziękował ‘za ten głos’ po czym objaśnił w jaki sposób ateiści chcą zniszczyć kościół i wartości chrześcijańskie. Pośród wielu złowrogich metod wymienił m.in aborcję jako przeciwstawienie się nakazowi dekalogu “nie zabijaj”, śluby nieheteroseksualne oraz usilne starania o to aby z mediów zniknął słuszny, jedyny i ostatni głos prawdy. Brukselę i PE opanował szatan, więc trzeba się jakoś bronić. Kolejny słuchacz rozochocony kierunkiem dyskusji zaproponował rozliczenie innych wrogów kościoła czyli Nycza, Pieronka i Bonieckiego, ale ks. prowadzący z niewiadomych pobudek temat uciął, być może zdał sobie sprawę z tego kto może znaleźć się w kręgu zainteresowania widzów przy kolejnym telefonie.

Zaciekawiło mnie to, że tak jak prezes Kaczyński stworzył ruch Polaków prawdziwszych od pozostałych, tak ojciec Rydzyk postąpił podobnie budując ruch wierzących prawdziwiej od reszty wierzących. Gdy prezes upatruje zagrożeń w Niemcach, Sowietach i zdrajcach narodu, tak Rydzyk widzi ich w ateistach i swoich kolegach w sutannach, którzy nie są przekonani do jego roboty. W obu przypadkach dominuje poczucie zaszczucia i zewnętrznej agresji. A gdyby tak pójść podobną ścieżką i stworzyć ruch ateistów bardziej niewierzących w boga od innych niewierzących w boga?

 

 

Artyści na śmietniku

Luty 26, 2012 6 uwag


Lat temu kilka, zetknąłem się w sieci z pełnym goryczy tekstem polskiej emigrantki, absolwentki jednej z polskich szkół plastycznych, która nie była w stanie spieniężyć swoich dzieł w przejściu londyńskiego metra. “Ludzie nie znają się na sztuce” – pocieszali autorkę komentujący lecz na dołączonych zdjęciach, nie znalazłem niczego – mówiąc nieładnie – “powalającego”. Przynajmniej mnie. Warsztat – owszem, abstrakcja, ale kolorystyka mdła, niewyróżniająca, nawet irytująca. Mimochodem pomyślałem o tysiącach dyplomowanych twórców opuszczających mury znakomitych uczelni, którzy pełni wiary we własne siły rozpoczynają potyczki z losem na własną rękę. Kończą różnie. Doskonali kopiści Klimta, oklejają samochody w podrzędnych agencjach reklamowych, żyją na koszt bardziej praktycznych partnerów, odpływają w świat używek. Skazanych na sukces jest niewielu, wszak klasyczne podium zawiera jedynie trzy miejsca i nie sposób zmieścić na nich tysięcy.

Wpadło mi kiedyś w ręce portfolio pewnej dziewczyny. Zdjęcia, animacje, obrazy, szkice – kunszt uderzał. Przyprawiające o zazdrość wyczucie formy, treści, pomysły, duży talent. Ona… pomieszkująca kątem u licznych znajomych, z podejrzeniem schizofrenii, cicha, wycofana a jednocześnie przyciągająca uwagę unikalnymi elementami ubioru (pomarańczowe okulary, dziwaczne skarpetki), z pogodną twarzą. “Masz oryginały?” – zapytałem kiedyś zainspirowany perspektywą łatwego zysku splecioną z żalem nad marnującym się talentem. “Nie” – odpowiedziała z nutą zawstydzona – “rozdałam.. znajomym…”. Szkoda. Zanotowałem telefon ale nigdy nie zadzwoniłem. Znam kilku, może kilkunastu, w podobnej sytuacji.

Zawsze dziwiło mnie kilka spraw. Przyprawiające o cierpienie patologiczne przekonanie o swej artystycznej wartości (byciu artystą) połączone z chęcią utrzymania się z posiadanych umiejętności. Mówiąc najprościej: “Jestem artystą i chcę z tego żyć”. Zgoda, ale przeciętni nabywcy nie kupują artystów lecz ich dzieła. Tak prawdę mówiąc, nawet ich nie interesuje to czy rzecz, która im podoba się a więc spełnia ich oczekiwania, została stworzona przez artystę czy całkiem przypadkową osobę. Czy ktoś zastanawia się nad tym czy Banksy posiada dyplom? Stał się modny, znalazł własną niszę, zaistniał tam gdzie nie posiadał praktycznie konkurencji.

Nabywcy nieprzeciętni, koneserzy i biznesmeni zwracający uwagę na autora bardziej niż na to co kupują. Przyjęło się, że posiadanie czegoś ‘znanego i uznanego’ podwyższa ich własny status. Ci ludzie stworzyli specyficzny rynek mód, zależny od opinii krytyków, towarzystwa, rynek przynoszący niezłe choć niestabilne, zależne od kaprysów dochody.

Masówka czy ceniony unikat? Wybór leży w rękach twórcy. Bez tej decyzji trudno snuć plany ‘życia ze sztuki”. Sprzedaż masówki to głównie wyczuwanie chwilowych nastrojów społecznych, budzeniem zainteresowania konkretnych grup (dewocjonalia, treści narodowe, erotyka itd). Dysponujesz kunsztem porównywalnym z najwybitniejszymi? Maluj pstrokate jelenie na rykowisku – zarobisz. Unikat… cóż, aby był ceniony musi taką opinię sobie zdobyć, najlepiej pocztą szeptaną na przyjęciach znudzonego establishmentu.

W świecie zacierających się różnic powstał też poziom pośredni – design, np. obraz pasujący treścią do wystroju domu, zamawiany zazwyczaj na etapie planowania takiego wystroju. Design zniesmacza artystów gdyż jakże to malować dzieło, które musi pasować do koloru zasłon? Jednak też biznes, tylko trzeba być tam gdzie coś jest planowane.

Zaistnieć, dać się zauważyć… genitalia na krzyżu, preparowanie zwłok, czaszka z diamentów, nawiązanie do burzliwego, kontrowersyjnego tematu politycznego, religijnego, dewiacja seksualna, miszmasz… kogo obchodzi to, że ktoś jest artystą uważającym, że mu się należy? Bycie artystą… Łatwo zbłądzić i popaść w niezbyt zdrowe samouwielbienie. Zachwyty są darmowe, więc rozdaje się je łatwo. Jednak działanie pt. “zakup” to coś zupełnie innego.

Ludzi przybywa, artystów przybywa, wybitny talent staje się normą, zwiększył się obieg informacji, przyspieszył, cenę ma unikat, o który też coraz trudniej gdyż jakich zasad jeszcze nie złamano? Ci, którzy mieli swoje pięć minut przebudzili się na bocznicy. Artysta grający w reklamie?? A fe. Artysta wykorzystywany przez polityków… zero. Wielki come-back gdy przesyt? Tęskne spojrzenie w przeszłość, kiedy istnieli wielcy, wyjątkowi… choćby docenieni po śmierci. Masz swoje pięć minut? – wyczerp źródło do cna. Jak sportowcy, masz znaną twarz? – sprzedaj ją bankowi, załóż knajpę, jutro nie będziesz wziętą modelką. Pracoholizm, “moje życie prywatne jest najbardziej wybujałe o 6-tej nad ranem”. Liczysz na to, że zainteresujesz kogoś dłużej niż 5 min? To możliwe ale gdy na imprezie znajdzie się dealer z dobrym towarem.

Obrazy w przejściu w metrze… a kochasz ludzi?

Zakaz klaskania

Luty 25, 2012 7 uwag


W ostatnich dniach zdarzyły się dwie niezwykłe dyskusje. Przedwczoraj prof. R.Dawkins rozmawiał w Oxfordzie z anglikańskim biskupem R. Williamsem, a wczoraj, W.Chełstowski (Chełstowski LIVE) z redaktorem naczelnym “Przekroju” Romanem Kurkiewiczem. Doszło do konfrontacji: nauki z religią i “idei zarządzania systemowego” z “anarchią dobrych ludzi”. Najprościej byłoby zacytować doktorantkę biochemii Camille Bonomelli: “Nikt nigdy nie wygra tej debaty”. Czy chodzi jednak o zwycięstwo? W pierwszej z dyskusji zakazano widzom klaskania “by nie tworzyć wrażenia pojedynku gladiatorów” (G.W.). W drugiej klaskanie było niemożliwe ale nikt z komentujących na czacie nie odważył się zdecydowanie opowiedzieć, po którejś ze stron. W pierwszej doszło do przedziwnych kompromisów. Dawkins stwierdził iż nie jest w stanie udowodnić nieistnienia boga, choć uważa, że szanse są minimalne. Williams przyznał, że wierzy w teorię ewolucji ale podkreślił iż nie mówi ona nic o świadomości. W drugiej dyskusji pomimo skrajnych różnic przekonań rozmówcy przypieczętowali w finale (zapewne nie pierwszy raz) swoje przyjazne relacje i wzajemny szacunek.

Pomyślałby ktoś, że istnieje proste rozróżnienie DOBRO i ZŁO… Chcecie spróbować sił? Skoro ustanowiliśmy prawo zakazujące torturowania to czy powinniśmy go bezwzględnie przestrzegać czy w przypadku podejrzenia o to iż schwytany terrorysta może posiadać wiedzę o przyszłych zamachach zagrażających tysiącom ludzi, możemy uczynić odstępstwo? Czy należy wydać rozkaz zestrzelania uprowadzonego samolotu pasażerskiego biorącego kurs na ludne miasto? Czy należy spełnić żądania porywacza czy poświęcić osobę porwaną? Czy możemy pozwolić sobie na likwidację armii, granic, rządów gdy obok mamy komunistyczną Koreę Pn.? Co wybrać – bliskowschodnią prawdę “Nigdy nie spoglądaj w oczy wrogowi gdyż możesz dostrzec w nich przyjaciela” czy zrównoważony dialog, który koniec końców pozostawia rozmówców w punkcie wyjścia?

Najbardziej spodobał się mi – póki co – zakaz klaskania.

67

Luty 24, 2012 11 uwag


Dlaczego ludzie nie myślą? – takie pytanie zadaje sobie wielu Polaków i najczęściej osiągany wniosek brzmi prosto: “ciemnogród”, bezkształtna masa łatwych do zmanipulowania ćwierć-mózgów, prymitywnych, wykonujących najprostsze czynności życiowe, niezdolnych do uczuć wyższych, tłuszcza. Tylko dlaczego mają myśleć? Myśli telewizor, pop-gazeta, ksiądz, polityk czy uśmiercony Rysiek z “Klanu”. Ich praca jest monotonna jak maszyna, którą obsługują. Gdzie tu miejsce na własne myślenie i po co? To prawda, słyszą czasem: “rusz głową”, “przeczytaj to czy owo” – ale po co? To wysiłek, zresztą zanim człek pomyśli o tym, że chciałby coś wiedzieć, natknie się na setki źródeł, które mu zwolnienie z indywidualnego myślenia zapewnią. Najprostsze procesy mózgowe pozwalają też odkryć to, że tak zachwalane samodzielne myślenie ma służyć jedynie zmianie poglądów politycznych. Skoro rządzą złodzieje i cwaniaki, to mając do wyboru tych, którzy z myślenia zwalniają i tych którzy do myślenia zmuszają, łatwiej wybrać tych pierwszych. Co zresztą daje myślenie tym drugim? Myślący czy niemyślący jest tak samo nieistotny. Może jakieś elity, ale czy one mają na coś wpływ? Zmartwień mają więcej i tyle.

“Reforma emerytalna”. Wyliczono, że za kilka lat ludzi czynnych zawodowo będzie o kilka milionów mniej a ludzi starszych będzie więcej. Trzeba więc coś wymyślić aby system nie załamał się. “Podwyższmy wiek emerytalny!”. Nie wiem jak Wy, ale ja widzę w tym projekcie całkowitą pustkę. Coś jak rozmyślania bezdomnego który znalazł 100 zł ale wydał już 50. Bezdomny zastanawia się nad tym jak zarządzać kapitałem aby pieniędzy wystarczyło na kolejnych 10 lat. Dlaczego uważam, że to kretyństwo? Dlatego, że bezdomny w ogóle nie zastanawia się nad znalezieniem czy zarobieniem kolejnej stówy.

Po co mi myślenie? Po to żebym doszedł do wniosku, że władza mnie dyma? Że przygotowuje mnie do roli dożywotniego robola za psią kasę? Że przygotowuje coraz mniej liczne zastępy młodych do roli taniej siły roboczej która i tak jest za droga? Toż w Chinach – tak cenionych przez premiera – wzrosły koszty pracy. Dlaczego? Dlatego że Chińczycy oprócz udostępnienia tanich rąk i surowców inwestowali też grubą kasę w rozwój technologii, własny rozwój. Murzyn zrobił swoje i niech zachód pocałuje murzyna w dupę. Niech zachód przenosi fabryki do Indii czy Bangladeszu aby stać było nas Europejczyków na nowy ipad. Co wymyślił zachód? Wirtualne pieniądze. Jedyny wielki wynalazek, który nie doczekał się nagrody Nobla.

Władza postępuje jak pijawka, nie dostrzegając tego, że staje się większa od swojego żywiciela. Krew mnie zalewa, a najbardziej gdy słyszę pytania: “czy mamy kogoś lepszego? Czy istnieje jakaś alternatywa?”. Tak, oczywiście, do k… nędzy, w Polsce brakuje ludzi myślących. Mamy 10-ciu na krzyż geniuszy i módlmy się do nich. Mam już koncepcję na starość. Schengen to był dobry pomysł. Jako żebrak udam się do niemieckiego brata Alberta i dostanę miskę strawy, koc a może i kilka oiro gdyż ludzie mieszkający na ulicy mają taki luksus. Może wyjadę wcześniej. Dotychczas to była opcja gdy za lat kilka może to być konieczność.

 

Kwiecisty Ziobro

Luty 23, 2012 5 uwag


“Brak konsultacji społecznych” stał się ostatnio na tyle konstruktywnym argumentem, że premier starając się nadrobić zarzucaną mu zaległość postanowił stawić się na dywaniku u kwiecistego Ziobry. Wpatrzony niczym w Biedronia występującego pod koniec wielogodzinnych obrad, zdawał się chłonąć z uwagą sporządzoną na tę okazję populistyczną papkę. Po dobrych piętnastu minutach, premier prawdopodobnie zdał sobie sprawę z tego, że nawet najwybitniejszy umysł nie byłby w stanie przyswoić całokształtu problemów poruszonych w czarującym oratorium, dlatego sięgnął ukradkiem po zgiętą wpół kartkę papieru i długopis chcąc rozwiać ewentualne podejrzenia o brak zainteresowania. Kwiecisty Ziobro, wspierając się teatralnymi gestami niestrudzenie mówił i mówił.

W którymś momencie, umysł mój przeszyła myśl druzgocąca. Ależ to wspaniały sposób na lans! Ciekawe, czy wszyscy, którzy chcą takich konsultacji mają jedynie zamiar promować się tak obleśnie jak Ziobro? Konsultacja wymaga wszak wysłuchania strony coś-roszczącej lub coś-postulującej i nie określono limitów czasowych takiego przedsięwzięcia. Sposób genialny a zarazem wyjątkowo podły z uwagi na uzasadnienie. Zastanowiło mnie również to, że wszystko o czym mówi Ziobro jest doskonale znane D.Tuskowi, a dokładnie jest tym co D.Tusk odrzucił z uwagi na rozumianą po swojemu wyższą konieczność. Czy to całe przedstawienie imitujące dialog mogło wpłynąć na zmianę czyichkolwiek przekonań? Wątpliwie. Premier udaje, że słucha, Ziobro udaje, że przekonuje, silniki kamer warczą bezgłośnie a cała Polska wytrzeszcza oczy.

Czym właściwie są konsultacje społeczne, konsultacje z opozycją? Gdy w latach 90-tych, przystąpiono do szerokich konsultacji społecznych mających na celu wypracowanie bardziej ścisłej ochrony amerykańskiej wartości intelektualnej, rozmowy – z uwagi na skrajne różnice zdań – zakończyły się fiaskiem. Po kilku latach uznano, że lepiej takie projekty przygotowywać potajemnie w wąskim gronie sympatyków regulowania. W wyniku nieudanych prób wdrażania plonów tych prac, pojawił się wniosek iż takie projekty trzeba przepychać tylnymi drzwiami. Skąd jednak wiara w to, że jeżeli coś nie dało się przepchnąć na początku przejdzie na końcu? Czy liczono na to, że wymrze pokolenie przeciwników?

Opozycja w ubiegłej kadencji była straszna. Nic dziwnego, że rząd postanowił w kolejnej, zastosować procedurę a’la ACTA. Jednak opozycja zmieniła się. Panie premierze, szanowny panie premierze, pan prezydent, tak oczywiście, proszę bardzo, przepraszam uprzejmie, życzę serdecznie + prezenty i uściski dłoni. Argumenty przy tym społeczne, wrażliwe, inteligentne. Na miejscu premiera również zastanawiałbym się nad tym “Co oni u diabła knują?”. Jednak jest pomysł wyjścia z sytuacji. Premier powinien ogłosić w ciągu najbliższych dni: “Rząd postanowił przekazać całą rezerwę skarbu państwa na socjal, postanowiliśmy też nie tworzyć limitów wiekowych przy emeryturach, postanowiliśmy wypłacać je już pracującym. Stadiony postanowiliśmy wyburzyć. Zastanawiamy się nad wspieraniem rozwoju portali wymiany plików P2P dzięki dotacjom unijnym. Zniesiemy wszelkie podatki, benzyna za darmo. Projekty budżetu będziemy poddawali codziennym referendom” itd.

Idę o zakład, że żadna z tych reform z uwagi na opór opozycji nie przeszłaby, za to notowania rządu podskoczyłyby do minimum 80%. Czy można w tym kraju i zresztą nie tylko w nim, cokolwiek zmienić? Obawiam się, że statystyka międzynarodowych dokonań takiej opcji nie potwierdza. Gdy konsultacje zmieniają się w lans i popisy pomysłowości w wymyślaniu warunkowego “za” i bezwarunkowego “przeciw”, gdy politycy chcą zapisać się w historii i myślą wyłącznie o czymś wielkim, gdy media są jakie są a big-biznes korzysta z tego, że dwóch się bije… zmiany zrobią się same. Choć co to dokładnie oznacza sam nie wiem.

 

multipleksa daj nam Panie!

Luty 22, 2012 10 uwag


Lud maryjny wyległ na ulice. Flagi, godła, krzyże i demokracja na ustach. Ponad milion podpisów ‘za’. Za czym? Musiałem trochę poczytać, gdyż jestem zacofany w technice telewizyjnej i najprościej można rzecz ująć następująco: kilku nadawców, producentów telewizorów i dekoderów umówiło się na zrobienie wspólnego interesu. Skoro na jednej częstotliwości, na której dotychczas można było emitować jeden kanał (analogowo), można przesłać w lepszej jakości kilka programów (cyfrowo) to jest jakaś innowacja. Oglądacze zakupią sprzęt i biznes będzie się kręcił. Udziałowcy zobowiązują się system z własnych środków utrzymać. Rola KRRITV w tym interesie jest nieco poszerzona. Zasadniczo rolą KRRiTV jest przydzielanie częstotliwości i nie wiem dlaczego akurat ta instytucja organizuje nabór i selekcję chętnych do multipleksu (DVB-T).

O ile ustalenie tego kto chce nadawać jest w miarę proste (TVP1, TVP2, TVP Info, Eska TV, Polo TV, ATM Rozrywka TV, TTV, Polsat, TVN, TV4, TV6, TV Puls, TVN 7, Polsat Sport News, TVP Polonia, TVP Kultura i TVP Historia), to trudniej ustalić czyje to to. Kolejny raz zetknął się biznes z polityką czyli Telewizja Polska (publiczna) z nadawcami komercyjnymi (a redaktor Miecugow, twierdził niedawno że w “zmowę mediów nie wierzy”). Skoro spółka, to jaki jest status TVP czyli czyja jest właściwie TVP? Polsat jest Solorza, TVN Waltera i Wejcherta, a TVP – jak rzecz opisał pewien bloger – ministra, czyli… państwowa? Chyba.

Teoretycznie protest (wedle transparentów) dotyczy tego, że TvTRWAM powinna w multipleksie być gdyż nie można w demokracji ograniczać dostępu. Ale chyba tylko do części multipleksu należnej TVP (publicznej i zależnej od państwa)… bo chyba nie TVN? “TVN Trwam” – nawet dobrze brzmi ale tylko twardy dysk i papier wszystko przyjmie. Czyli TVP Trwam – też ładnie. Skoro jest TVP Historia, TVP Kultura to dlaczego nie TVP Religia i TVP Ateizm? Pogmatwane to trochę i pewnie dlatego trudno ojca dyrektora zmieścić. W zorganizowanym konkursie, który miał wyłonić najlepiej do multipleksu utrzymania gotowych, Lux Veritatis nie spodobała się komisji. Wychodzi, więc na to że “Państwo” jest właścicielem multipleksu – skoro rozstrzyga – ma udziałów najwięcej.

Czyli protest słuszny. Skoro państwo decyduje to ludziom się należy. Po prostu. W każdym przedsiębiorstwie, którego udziałowcem jest państwo, musi być miejsce dla ludu. O ile dobrze pamiętam załatwiono w ten sposób przynajmniej jedną stocznię. Tadeusz Rydzyk naświetlił dokładne dane dotyczące ile wiary świętej jest w polskich mediach w przeliczeniu na godziny i minuty. Wedle tych obliczeń wiary jest za mało. No.. ale może choć telewizję warto pozostawić w niewielkiej już dziś części wolną? Skoro w tym kraju żyje 95% gorliwych katolików to kogo nawracać?

Skojarzeń mam kilka. Jedną z zasad utrzymania władzy jest mieć trzeciego wśród dwóch rozmawiających. Drugie skojarzenie – jest takie, że w tym multipleksie musi być niezły biznes i redemptorysta go zwęszył a że ludziom wprost nie wypada o tym powiedzieć, to trzeba zagrywać flagą i różańcem. Trzecie – nie można odpuścić żadnej nadarzającej się elektro-ambony. Czwarte – zwykły lans. Piąte skojarzenie mówi o tym, że to jakaś kolejna cholerna szopka mająca ośmieszać to państwo gdyż jak wiadomo Tusk lubi wizerunek rozkwitu więc trzeba ten wizerunek obsrać – Tuska zaboli. Inne koncepcje odrzucam jako marginalne.

Oglądając materiał w TvTrwam o samym proteście nasłuchałem się wielu argumentów. Młody człowiek: “Nie oglądam TvTrwam i R.Maryja. Jestem anty-systemowcem, więc będę wszędzie tam gdzie można zaprotestować przeciw władzy nieszanującej obywateli katolików”. 2 młody człowiek: “Nie oglądam TvTrwam i R.Maryja ale jestem za, skoro Polacy chcą to powinni otrzymać koncesję, demokracja i pluralizm”. Starszy jegomość: “Protestowałem przeciw ACTA i cieszę się, że młodzi ludzie wreszcie zauważają to o czym my wiemy od wielu lat” (“to czegoś złamasie nie reagował kilka lat temu?”). Dama z szalem: “Władza chce ograniczać naszą wolność, upadek demokracji, władza chce wszystko kontrolować i tylko jeszcze internet został wolny, władza chce walczyć z religią i prawdą o Polsce. Gdzie możemy dziś zdobyć wiarygodne informacje jak nie w TvTrwam czy póki co w internecie? Stacje komercyjne wiadomo co udostępniają a telewizję religijną chce się wyeliminować”.

Spoglądam na pokaźny tłum, spokojny nad wyraz i myślę “Ludzie, fajnie że przyszliście, że interesujecie się, ale co właściwie chcecie osiągnąć? Jeżeli chcecie rząd zburzyć to nie gadajcie o multipleksie, jeżeli chcecie multipleksa to jedźcie do Torunia albo do jakiegoś banku i zobowiążcie się utrzymywać przedsięwzięcie pod zastaw własnych hipotek”. Biznes jest biznes, liczy się zysk, kto nie spełnia wymogów musi spadać.

Pozostaje kwestia ilości religii w mediach publicznych. Przyznam, że rzeczywiście jest mało. Ostatnie modły w meczecie i to w wersji reporterskiej (pociętej) widziałem około roku temu. Transmisja była chyba z Afganistanu. Modły w synagodze… też w pamięci trudno coś znaleźć. Nabożeństw Świadków Jehowy nie widzę praktycznie, podobnie Adwentystów dnia 7-go, Prawosławnych, Zielonoświątkowców, Mormonów, Ruchu Świadomości Kriszny, Baptystów, Amiszów. No fakt, jest ich mniej ale przecież nie ‘w ogóle”. Skoro mówimy o treści dla ducha to brakuje też spotkań plenerowych New Age, medytacji buddyjskich, druidów i innych legalnych związków wyznaniowych. Co z ateistami, agnostykami, apostatami? Również przydałby się jakiś wykład Dawkinsa albo Dalajlamy co niedzielę po mszy w TvPolonia.

TvTrwam nie jest zasadniczo telewizją tematyczną. Jest telewizją polityczną, dezinformacyjną, podburzającą, kłamliwą, pogłębiającą podziały. Ma na sumieniu szerzenie treści dyskryminujących Żydów, nieheteroseskusalistów, niewierzących, wyznawców innych religii, ludzi o sympatiach politycznych niezgodnych z punktem widzenia prezesa Jarosława Kaczyńskiego na przemian z Ziobrą. Nie jest również telewizją katolicką gdyż Episkopat niejednokrotnie odżegnywał się od działalności ojca żerującego na staruszkach, którzy oddają pół emerytury na radio a następnie protestują ‘że im na chleb nie starcza’. TvTrwam jest centrum promocji SKOKów, telefonii komórkowych i innych inicjatyw biznesowych. To dość szeroka działalność aby można było ją upchnąć w zgrabnej formule “radia dla ludzi, którzy chcą się trochę pomodlić”.

Skończy Rydzyku z politykowaniem, popracuj nad rachunkami, przestań z ludzi robić idiotów przepędzając ich przez ulice i czynić z nich domokrążców zbierających podpisy za czymś co od podpisów nie zależy. Jeżeli chcesz robić politykę wystartuj w wyborach. Czy może chcesz jedynie rządzić ale odpowiedzialność niech lepiej ponosi ktoś inny? Wygodne to. Udziałowcom multipleksu pewnie również jest wygodnie bez ciebie.

 

Średnia Krajowego Zadowolenia

Luty 21, 2012 11 uwag


Nie będę ściemniał. Nie uważam się za eksperta w dziedzinie, której chcę poświęcić dzisiejszy tekst. Jednak to, że warto go z uwagą skonsumować jest moim zdaniem bezdyskusyjne. Poświęcicie więc te kilka minut a Wasze życie wypełni się niespotykanym spokojem i szczęściem:)

Zacznę od polityki, która jest bardzo uniwersalnym a jednocześnie powszechnie rozpoznawalnym przykładem (podkreślam, że chodzi o przykład i nie zalecam doszukiwania się podtekstów w przykładzie jak zresztą i w pozostałej części tekstu).

Rząd PO zapikował w dół w notowaniach. Społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy. Tych, którzy uważają, że rząd funkcjonuje źle i tych, którzy uważają że rząd jest bardzo dobry. Opinii pośrednich szukać ze świecą choć gdyby czarno-białą miarą mierzyć dowolną dziedzinę produkcji przemysłowej, twórczości czy naszych indywidualnych żywotów, prawdopodobnie zauważylibyśmy to iż w ciągu roku jesteśmy wiele razy źli, wiele razy dobrzy i wiele razy neutralni. Nie pociągają nas jednak takie refleksje i wybieramy coś szytego na ‘naszą miarę’. W przypadku ocen rządu, społeczna płodność w dziele dorabiania głębszych filozofii do chwilowych ocen wzbudza podziw. Kiedyś mówiłem o tym, że w każdym g.. potrafię znaleźć jakiś pozytyw i tak mniej więcej postępuje strona pro-rządowa, tyle że wyklucza istnienie g…. Strona oponentów jednak również mija się z prawdą, gdyż tak ‘źle’ jak słyszymy oznaczałoby wojnę, śmierć, zabory, okupację i trzęsienie ziemi w jednym.

Przywykliśmy, a raczej wychowano nas w duchu dostrzegania wyłącznie perfekcjonizmu albo skrajnego nieudacznictwa. Gdy kibicujemy jakiejś drużynie to w przypadku jej nieudacznictwa powołujemy się na trudne dzieciństwo zawodników, mokrą murawę i podobne ‘naddatki’. Z uznaniem perfekcji też bywa ciekawie o czym świetnie mówi dowcip:
Przywódcy dwóch zimnowojennych mocarstw umówili się na zawody w bieganiu. Gdy bieg odbył się, media w kraju przegranego przekazały opinii publicznej następującą wiadomość: “Przywódca naszego kraju zajął doskonałą drugą pozycję gdy jego rywal ledwie dochrapał się miejsca przedostatniego”.
Jak widać lepienie różnych figur retorycznych jest bardzo proste. Dodatkowo, dziwne jest to, że ktoś zapisał w naszych genach zastanawiający pociąg do trwałego klasyfikowania elementów otaczającego nas świata na podstawie zazwyczaj chwilowych ocen odpowiadających naszym gustom czy przekonaniom. Jednym słowem: ktoś kto raz oddał głos na partię, której zaufał i docenił jej działalność, nigdy nie zgodzi się z jej krytyką. Podobnie w przypadku tego czego nie lubimy, bardzo rzadko jesteśmy w stanie uznać np. to że prezes czy ktoś z jego świty zrobił coś rozsądnego.

W krajach, w których stopień rozwoju budzi naszą zazdrość, załamane spadkami wydajności przedsiębiorstwa (które to spadki u nas potraktowano by jako stały kurs na dno) lub przedsiębiorstwa niezachwycone osiągami swojej wzmożonej aktywności (bez dorabiania filozofii pt. przedostatnie miejsce a miejsce drugie), postanowiły wypracować coś co pomoże im lepiej rozwijać się. Surowi kierownicy i genialni menadżerowie nie sprawdzali się. Potrzebny był ktoś trzeci: Project menager.
Takim p-menagerem mogła być zatrudniona okresowo osoba z zewnątrz, która posiada dogłębną wiedzę na temat elementów psychologicznych i fizycznych powodujących spadki i wzrosty wydajności. Osoba taka poprzez redukcję np. złych nawyków załogi, kadry kierowniczej, lepsze organizowanie pracy czy wręcz motywowanie biorących udział w projektach, ma za zadanie sprawić iż wyniki będą lepsze. Prawdopodobnie dzięki powstaniu tego fachu udało się stworzyć przedziwną (jak na nasze rodzime rozumienie świata) statystykę.

Z czym kojarzymy sukces? Tradycyjnie z trwałym byciem ‘na topie’ a porażkę z równie stabilnym ‘leżeniem na samym dnie”. Odchylenie od tej normy – np. w przypadku spadku notowań – przyprawia ludzi o zawały, alkoholizm i głębokie zadry psychiczne gdy podniesienie głowy ponad poziom bagna uznajemy za wyczyn godny uwiecznienia łukiem tryumfalnym. Czy wiecie o tym, że wspomniana statystyka wywołała swoistą rewolucję? Badając zarówno wydajność samych project-menager’ów jak i działalność firm (małych czy gigantów) zauważono że ‘sukces’ jako taki praktycznie nie istnieje a przynajmniej nie wygląda tak jak go sobie wyobrażamy. Badając np. roczne zestawienia wydajności produkcji okazywało się że przeciętna działalność jest pasmem drobnych porażek, sukcesów i stanów ‘nijakich’. Wystarczyło je zliczyć aby powstał schemat, który wywraca nasz czarno-biały świat do góry nogami.

W roku 2009 w jednym z europejskich państw rozwiniętych (!) roczny raport wyglądał tak:

Legenda:
zielony - projekty zakończone w terminie, w ramach budżetu i wykorzystane
pomarańczowy - projekty przekazane z opóźnieniem i / lub przekraczające budżet / lub wymagające korekt
czerwony – projekty odrzucone lub niezrealizowane

Jak widać, niemal 50% wszelkiej działalności to realizacje wymagające poprawek, zwiększonego ponad normę wysiłku, wydatków etc. 1/3 to sprawy zakończone sukcesem. Nieco mniej niż 1/3 to porażki. Nie zdziwię się gdy zauważacie analogię do podejmowanych przez Was dowolnych indywidualnych życiowych działań. Sukces należy mierzyć zupełnie inną miarą. Nie istnieją w pełni zielone, całkiem czerwone lub pomarańczowe ‘kółka’, choć bardzo chcemy w taki sposób nasz świat widzieć. Okazuje się, że możemy pozwolić sobie na 20 kilka procent błędu, porażek, pomyłek – bez popadania w depresję. Możemy też spokojnie cieszyć gdy sukces osiągamy w 1/3 podjętych wyzwań. Przedstawione zestawienie jest o tyle ważne, że ukazuje “wydajność” skrupulatnie zbadanego ogółu a nie chwilowej wydajności pojedynczego podmiotu. Nie ma w tym zestawieniu marketingowej ściemy, dorabiania filozofii czy krzepiących historii. Tak to po prostu wygląda.

Biorąc pod uwagę to, że w Polsce wyjątkowo osobliwe jest przyznawanie się do błędu czy porażki a pompowanie tworzonych prowizorek do rangi dzieł ponadczasowych jest normą, biorąc pod uwagę to, że przeciętność którą można poprawić nie ma w naszym kraju prawa bytu… nie trzeba chyba wyjaśniać tego dlaczego rzeczywistość nas zaskakuje i wywołuje paniczne, często pozbawione wszelkiej logiki reakcje.

Wychowani w duchu perfekcjonizmu obywatele, widzący wokół siebie samych perfekcjonistów (których perfekcja budzi natychmiastową potrzebę rzetelnej dyskusji) bardzo łatwo popadają w poczucie przygnębienia, wykluczenia, wyobcowania. W takim społeczeństwie, surowe skazanie drugiego człowieka za najmniejszy błąd jest czymś całkowicie naturalnym (choć wielu skazanych zachodzi w głowę nad tym o co właściwie sugerującym im ‘dno’ chodzi).

Chciałoby się powiedzieć: Kochani! Macie prawo do błędów, macie prawo do przeciętności nad którą zawsze możecie pracować eliminując nawyki, które przynoszą szkodę nie tylko nam ale i innym! Jeżeli osiągacie 30% sukcesów w podejmowanych wyzwaniach jest to jak najbardziej naturalne. ‘Do przodu iść’ zawsze warto gdyż jest do zagospodarowania niemal 50% przestrzeni którą można pociągnąć w dół lub w górę. Przestrzeń ta nie powinna być jednak nigdy powodem wstydu czy przygnębienia. Odrzućmy obłudę. Jeżeli spotkacie na swojej drodze człowieka, który czuje się wykluczony dlatego, że jego ‘kółko-schemat’ nie jest całe zielone, odeślijcie go do tego tekstu.

 

 

Liderzy internetu

Luty 20, 2012 21 uwag

Nie umiemy rozmawiać, umiemy mówić. Trudno pogodzić się z tym wnioskiem, ale to prawda. Przyglądam się obiegowi opinii jako pewnemu ogółowi i przyznam, że z sieciowej gęstwiny niełatwo wyłowić opinie unikalne (źródłowe), wartościowe, wiarygodne, wyróżniające się pośród pozostałych fachowością. Piotr VaGla Waglowski, Magda Zena Sadurska, Marcin Skubiszewski, Paweł Nogal. Czy słyszeliście te nazwiska? Mógłbym wymienić ich więcej.

Piotr VaGla Waglowski – (prawnik zajmujący się problematyką internetu) – od dłuższego czasu nawołuje ‘na puszczy’ o stworzenie portalu informacji publicznej. Uważa że powinna istnieć platforma zawierająca wszelkie dokumenty związane z pracami administracji państwowej. Uważa, że chcąc dokonać analizy dowolnego problemu trzeba biegać bo setkach miejsc aby zebrać i tak zwykle niepełne dane. Bieganie to wiąże się z ogromnymi stratami czasu, gdyż lanserskie strony polityków czy partii politycznych nie zawierają praktycznie informacji a jedynie notki pisane przez rozentuzjazmowanych piarowców. VaGla jest zwolennikiem standaryzacji formatów zapisu informacji publicznych udostępnianych przez organy administracji państwowej w sieci. (http://www.vagla.pl/)

Magda Zena Sadurska - (psycholog komunikacji i konfliktu) jedyna postać, której wypowiedź była jak halogen zapalony w ciemnościach debaty dotyczącej ACTA zorganizowanej w kancelarii premiera. Doskonale zorientowana w problematyce nastrojów społecznych i współcześnie silnie zarysowanej dysharmonii w relacjach ‘państwo – obywatel’. (http://magdazena.com/pl/)

Paweł Nogal (radca prawny) – świetnie definiujący istotę istnienia prawa w systemie demokratycznym, rozumiejący jego służebną rolę względem społeczeństwa.

Marcin Skubiszewski – niestrudzony analityk rodzimych problemów politycznych, umów i stosunków międzynarodowych. Znawca m.in. systemów wyborczych. (http://www.skubi.net//)

Dlaczego takie osoby nie nadają tonu debacie publicznej? Dlaczego wielu i wiele z nas w ogóle o nich nie słyszało? Odpowiedź jest przytłaczająca. Wiedza tych osób nie przypomina papu do którego przyzwyczaiły nas media. Przeciętny internetowy pędziwiatr nie wytrwa przy kompleksowych tekstach lub wypowiedziach tych ludzi zbyt długo.

Gdybym był prezydentem chciałbym mieć te osoby w sztabie swoich doradców, gdyż podchodzą z pasją do podejmowanych problemów. Nie szukają odpowiedzi wygodnych, analizują i wyciągają wnioski, z którymi można jedynie zgodzić się. Oczywiście nie generalizuję – każdy z nas posiada pewną pulę sympatii politycznych, światopoglądowych. Jednak wiem, że te sympatie nie stałyby się nadrzędnym elementem przedstawianych wniosków. Wyczuwam w tych osobach istnienie pozytywnego “społecznego egoizmu”, który polega na tym, że widzą osiąganie osobistych celów poprzez osiągnięcia niewybiórczo traktowanego ogółu. Są specjalistami i czują na sobie ciężar odpowiedzialności za autorytet nauki, którą się dzielą. Nie owijają w bawełnę – wskazują i nazywają problemy takimi jakimi są, nie szukają konfliktu. Działają praktycznie na zasadzie wolontariatu.

Szkoda byłoby zmarnować ich energię a stanie się tak niezbicie, gdy zostaną wchłonięci przez kipiel, którą jest polska sieć. Znikną w niej. Wciąż szukam sposobu na to by stworzyć system, który pozwoliłby takim ludziom działać na rzecz społeczeństwa ale tak aby ta praca nie kolidowała z ich zawodowymi obowiązkami. Szukam sposobu na to aby nie wiedząc o sobie nie dreptali po własnych śladach poruszając te same problemy. Szukam metod wzmocnienia ich oddziaływania. Być może potrzebna jest jakaś sieciowa korporacja.

Zetknąłem się z przewidywaniami mówiącymi o tym iż dojdzie do powolnego wypierania organów państwa przez inicjatywy społeczne. Państwo póki co utrudnia funkcjonowanie ludziom, którzy chcieliby działać na rzecz naszego kraju i współobywateli a jednocześnie nie chcą robić tego pod sztandarem konkretnej partii politycznej czy w ścisłej formule światopoglądowej. Jak nadać im znaczenia?

Dzisiejszy tekst powstał w wyniku konsternacji wywołanej dość powszechnie wyznawanym poglądem mówiącym o tym, że lud nie zawsze ma rację (nie wie co jest dla niego dobre) i lepiej by kierował nim ktoś odpowiedzialny (czyli subiektywnie dobrani politycy). Owszem, spoglądając na pozbawione liderów manifestacje czy parady ludzi z flagami, można odnieść wrażenie iż powierzenie im rozwikłania poważnych problemów ekonomicznych, prawnych czy socjalnych byłoby błędem. Jednak społeczeństwo to także jednostki, o których pozwoliłem sobie dziś wspomnieć. Jednostki, którymi nie trzeba troskliwie kierować, a raczej sama próba takiego kierowania mogłaby nadopiekuńczych narazić na śmieszność.

 

 

VaGla “Mała prowokacja”.

Magda Zena Sadurska (debata o ACTA)

Paweł Nogal (gość programu: wokół ACTA, o nowych przepisach, prawie itd)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.