Między Onetem a Studiem Opinii
Czy można napisać klarowny tekst o zasadach? To jakiś absurd. W obliczu sieciowych realiów, samo pytanie o potencjalnego odbiorcę potrafi zniechęcić. Postanowiłem jednak skierować swoje słowa do “otwartych głów” czyli ludzi, którzy rozumieją problem ale przeżywają katusze z powodu nieuporządkowania własnych myśli oraz tych, którzy podświadomie czują, że coś w naszej rzeczywistości szwankuje lecz nie są w stanie swoich emocji w twórczy sposób zmaterializować. O unikalności dzisiejszej notki niech świadczy to iż nie chcę by była ona ubolewaniem nad stanem społecznego morale czy dyktatem pt. jak być powinno. Napiszę raczej o tym, że zasady są raczej przeszkodą niż wartością dodaną. Zgnębię je po prostu a uczynię tak dlatego, że doczekaliśmy się czasów, w których – metaforycznie – łatwiej poznać boga dzięki analizie postępków szatana niż korzystając z tradycyjnych i powszechnie dostępnych metod. Taki mam zamysł.
“Niech słowa bronią się same”
Jeden z genialnych choć niezbyt znanych ekonomistów, szukając wyjaśnienia przyczyn wynaturzenia tych, którym powierzamy ochronę swych oszczędności i bytów, stwierdził, że “wartości moralne zawsze zostaną wystawione na poważną próbę w obliczu możliwości poważnego zwiększenia stanu posiadania lub wpływów”. Parafrazując zacytowaną myśl uzyskamy równie trafną ocenę postaw społeczeństw: “Wartości moralne zostaną wystawione na poważną próbę także w zetknięciu z widmem nędzy lub braku znaczenia”.
Wspominam o obu biegunach chcąc ukazać to iż najbardziej moralnych postawy należy spodziewać się wśród ludzi przeciętnych, niezamożnych i niebiednych, nieposiadających wielkich wpływów ale i nie znajdujących się na marginesie znaczenia. Taki punkt widzenia jest zgodny ze stanem faktycznym, gdyż najczęściej wymieniamy jako osoby prawe swoich rodziców, nauczycieli – ludzi, których nazwiska nie są powszechnie znane a jednak wywarły i wywierają ogromny wpływ na nasze życia. Niejednokrotnie osoby takie są ważnymi punktami odniesienia w kreowaniu własnych postaw, nierzadko znacznie silniejszymi od wzorców moralnych proponowanych przez religię, politykę czy choćby literaturę. W obliczu różnorodnych decyzji często zadajemy sobie pytanie o to “co o mojej postawie pomyśleliby rodzice, nauczyciele, czy swoją postawą nie narazimy ich na rozczarowanie czy inne konsekwencje?”. Tego rodzaju hamulec moralny jest o wiele sprawniejszy fizycznie niż świat wyidealizowanych bohaterów czy bogów, których szanujemy choć siła ich oddziaływania jest nieporównywalnie mniejsza. Czy można narazić na przykrość nieżyjącego do tysiącleci mędrca?
Przed popełnianiem różnorodnych wykroczeń wobec zasad, ogromną część ludzi, powstrzymuje odpowiedzialność za własne nazwisko a więc prestiż rodziny, odpowiedzialność za prestiż wykonywanego zawodu, niechęć naruszenia pozytywnej lub neutralnej opinii ludzi będących naszymi sąsiadami. Dotykamy tutaj obszaru pośredniego, znajdującego się gdzieś między herosami a ojcami, obszaru który odgrywa rolę ‘warunkową’, gdyż możemy jego ograniczającą moc zdjąć zmieniając nazwisko, zawód, miejsce pobytu.
Do złamania zasad dochodzi najczęściej w obliczu uświadomienia sobie kryzysu obowiązującego systemu moralnego choć warto podkreślić iż określenie “złamanie zasad” jest nieadekwatne, gdyż mowa o rodzaju swoistego wyzwolenia się, wyzwolenia swojego pozytywnego JA z pajęczyn norm budzących bardziej instynktowną niż uświadomioną niechęć. Potrzeba takiego wyzwolenia pojawia się gdy przestrzeganie zasad zostaje obciążone szantażem, obłudą lub niekonsekwencją. Konflikt może wystąpić z różnym nasileniem na trzech opisanych wcześniej płaszczyznach – gdy zawiodą bogowie, herosi, rodzina.
Jak najprościej scharakteryzować przyczynę “zawodu”? Otóż pojawi się on gdy wpajane zasady ograniczają możliwość kreowania własnego życia w poszanowaniu uniwersalnych norm. Gdy okazuje się że żaden system wierzeń czy praw nie jest wiecznie użyteczny. “Moralna postawa wielu niewierzących osób powinna zawstydzać wierzących” – stwierdził niegdyś bp. Życiński i nie sposób odmówić mu racji. “Tak się nie godzi” – wczoraj, jest archaizmem dzisiaj. Niekoniecznie z powodu świadomej chęci złamania norm pożytecznych. Tzw. “ZŁO” nigdy nie zasypia. Najczęściej to ono otwiera pierwsze, nieprzekraczalne wcześniej wrota. Spójrzmy na pojęcie “klasy”. Czy człowiek z klasą potrafi dziś obronić się? Czy klasa przysparza mu szacunku? Możemy wiele mówić o umieraniu z czystym sumieniem ale trudniej taką ideę przekazać człowiekowi, przed którym jest całe życie. Lista odstępstw powiększa się z każdą chwilą, moralność przestaje być praktyczna. Dokonuje się często sprzeniewierzeń zasadom po to by osiągnąć jak najbardziej szlachetne cele. Czy cel uświęca środki? Zapewne nie każdy cel i nie każde środki.
Różnice są zatarte. Rozmyły się moralne punkty odniesienia. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy zarzut złamania zasad czyni nam osoba prawa czy nikczemna. Wiara zaoferowała maluczkim bierne poddanie się doznawanemu cierpieniu choć instytucja wiary jakoś nieszczególnie zainteresowana jest ustępowaniem pola “wojującemu ateizmowi”. Kto może powiedzieć nam dziś o tym czy źle postępujemy? Możemy liczyć wyłącznie na własne sumienia a te – jako wynoszone z rodzinnych domów – miewamy bardzo różne.
Jakie są granice obrony? Czy mamy prawo wyprzedzać ataki? Czy mamy prawo reagować na działania które subiektywnie uznajemy za niewłaściwe? Czy mamy prawo wołać o opamiętanie gdy jedyną korzyścią, którą możemy zaproponować jest spełnienie naszego osobistego poczucia praworządności? Niełatwo o tym mówić, ale jakie wzorce moralne wynosi z domu potomek chłopa który zdzierał odzienie z dogorywającego żołnierza, czy to własnego czy wroga? Jakich wzorców moralnych oczekiwać u potomków tych, którzy kradną telefony komórkowe z miejsc katastrof? To prawda że postawy takie wynikają często z chwil słabości zwykłych, na co dzień przyzwoitych ludzi. Jednak powstałe wyłomy trudno załatać. Powstaje precedens na który powołują się nazajutrz wszelkie szumowiny.
Czym jest w ogóle moralność? My, Polacy mamy podwójny problem, gdyż jesteśmy rozdarci między humanizmem a zasadami “powszechnej” religii. Humanizm mówi o szybkiej i nieuniknionej (niekoniecznie surowej) karze za przewiny wobec drugiego człowieka, religia zaś, oferuje rozliczenie pośmiertne a przy okazji kilka pośrednich rozgrzeszeń po spowiedzi jeszcze za życia. System prawny i polityczny blokuje nas nie tyle przed popełnianiem występków co przed zwykłym spokojnym życiem. Rozwodzący się rodzicie nie pozostawiają dzieciom wzorców dotyczących lojalności wobec najbliższych choć żyjąc wbrew wygasłemu uczuciu dają wzorce równie fatalne. Osoby publiczne nie rozumieją tego, że są osobami publicznymi – zresztą, skąd miałyby czerpać wzorce?
Czy w ogóle istnieje popyt na zasady w świecie, w którym zasady mogą ograniczyć możliwość osiągania indywidualnych celów i samo wspominanie o nich budzi szaleńczy lęk przed utratą swobody samostanowienia? Refleksja nad korzyściami wspólnoty ogranicza się do stwierdzenia podziału na “my” i “oni”. W okolicach roku 1989 wyrwaliśmy się z ciemnicy i zaczęliśmy pędzić w poszukiwaniu nieosiągalnych wcześniej dóbr, zysków, władzy, znaczenia, widoczności. Nie zatrzymaliśmy się do dziś, rujnując wizję stworzenia fundamentów na których można oprzeć coś trwalszego, fundamentów, które dziś kojarzymy z zachowywaniem klasy na wiejskim jarmarku, a mowa przecież o kulturze, cywilizacji, wolności.










