Palikot wygwizdany – PISONYMOUS

Styczeń 28, 2012 7 uwag


Polowanie na przyszłych wyborców wszędzie tam gdzie dochodzi do jakiegokolwiek protestu czy awantury jest tragicznym nieporozumieniem i miewa różnorodne skutki. J.Palikot odczuł je właśnie. Kilka dni temu wspomniałem o tym, że politycy powinni być wyłącznie adresatami postulatów manifestujących lecz nigdy ich kreatorami. „Przypadkowa” obecność aktywnych polityków nadaje protestom partyjnego charakteru, który obraca w niwecz często czyste i szlachetne intencje protestujących. Protest staje się w rezultacie przedstawieniem dla debili, gdyż nie wiadomo czemu ma właściwie służyć. Obronie wolności słowa? Obaleniu władzy? Obronie krzyża? Zablokowaniu wprowadzenia ACTA? Wyjaśnieniu przyczyn katastrofy smoleńskiej? Jest przedstawieniem mających ośmieszyć Polskę? A może służy zwykłej zadymie?

W wyniku oddolnej aktywności naszych polityków zrodziły się PONYMOUS, PISONYMOUS, RPNYMOUS, PSLONYMOUS, SLDONYMOUS, SOLIDARNOŚĆ80OUS, ONRYMOUS, LEGIANYMOUS itd. itd. Zaczęły się nawet zwalczać. Cechą charakterystyczną jest to, że wszyscy noszą maski „struktury” nie mającej z nimi nic wspólnego a przynajmniej katastroficznie mało. Anonymous działają w sieci chroniąc jej wolność w imię demokracji i praw człowieka. Nie wyjeżdżali wspierać rebeliantów Wiosny Arabskiej jako najemnicy jednej z wielu formacji opozycyjnych lecz blokowali witryny propagandy Kadafiego. Skoro pukanie do witryn rządowych spotkało się ze średnim odzewem, a na ulicy coś się chyba delikatnie poplątało to być może referendum jest jedynym wyjściem. Tylko ustalenie celu referendum może okazać się trudne. Najmocniejszym moim zdaniem punktem jest natychmiastowe wstrzymanie prac nad ACTA i zaskarżenie objazdowej metody, którą ACTA dostało się do politycznego obiegu, co powinno przysłużyć się załataniu skandalicznej luki prawnej. Nie powinna istnieć możliwość wdrażania regulacji tajemniczego autorstwa ingerujących w swobody obywatelskie i wolność prowadzenia działalności gospodarczej. Warunek wyższej konieczności byłby usprawiedliwiony wyłącznie w przypadku pilnej konieczności ochrony bezpieczeństwa narodowego (stanu wyjątkowego) a prawa autorskie i handlowe jakoś trudno w tym pojęciu zmieścić.

Żal mi Janusza P. choć z drugiej strony mógł przewidzieć to, że tylko zahartowani pod krzyżem na Krakowskim są w stanie wierzyć w sens protestu w obronie wolności słowa w temperaturze -10 stopni Celsiusza. Zastanawia mnie również to że XXI w. ludzie chcąc cokolwiek powiedzieć muszą wylegać na ulice aby zrobić wrażenie na władzy… zresztą… czy robią?

Lud bez praw

Styczeń 27, 2012 14 uwag


Nie pierwszy raz zdarza się w świecie to, że krytykom władzy lub ustroju przypisuje się niepopularne cechy. W Izraelu niewygodnym ludziom zarzuca się współpracę z Hezbollahem, w USA nazywa się takowych komunistami a w Polsce sugeruje iż są złodziejami. Cóż, taka jest już polityka i dopominanie się umiaru byłoby ‘wołaniem na puszczy’. „Politykom można więcej”, przywykliśmy. Nie rażą nas zarzuty obecności sowieckich agentów w rządzie, propozycje dawania obywatelom po ryjach czy wieszania kogokolwiek. Uznaliśmy to wszystko za wielką ściemę, w której chodzi o skuteczne osiąganie różnorodnych celów. Treść jest drugorzędna. Nauczyliśmy się czytać między wierszami doszukując się finezyjnych forteli. Oczytani w instrukcjach Schopenhauera, znający arkana marketingu politycznego, osiągnęliśmy stan transcendentnego spokoju, pozwalający ignorować z uśmiechem każdą podłość.

Gdyby ten stan rzeczy towarzyszył wyłącznie działaniom politycznej kasty można byłoby – choć z trudem – rzecz zaakceptować. Polityka jest niestety nierozerwalnie związana z „władzą” a naturą władzy jest ekspansywność. Polityka i utożsamiane z nią zachowania znajdują spokojną przystań tam gdzie nigdy nie powinny się pojawić. Politykują media, politykują organizacje społeczne, politykują artyści, politykują zwykli ludzie. Często nawet nie dostrzegamy tego że przekraczamy granicę między zainteresowaniem polityką a politykowaniem. Cóż, odnosimy korzyści. Dla nieposiadających władzy nizin politykowanie jest formą dowartościowania, sposobem na dodanie sobie subtelnego blasku tych, którzy wiedzą i mogą więcej. Niekiedy taka postawa robi wrażenie, choć równie często jest zwyczajnie śmieszna. Kim bowiem jest człowiek, który kłamie lub obraża nie mając perspektywy na to, że jego działanie przyniesie korzyść w postaci rozgrzeszającego i radosnego dla ogółu efektu? Jest zwykłym kłamcą i paskudnikiem, nawet gdy jego umysł rozpiera poczucie spełniania wielkiej misji.

Indywidualnych aktywistów, fanatyków i klakierów, ludzie władzy uważają za pożytecznych idiotów. Oczywiście nie idiotów w sensie „głupców” a idiotów szargających własną reputację całkowicie za darmo. Uświadamianie ich w tej materii nie jest potrzebne z uwagi na przydatność tychże we wspieraniu budów gigantycznych konstrukcji politycznej obłudy których autentyzm można wykazać w sondażach. Niechby dziś zorganizowano ankietę mającą wykazać obywatelskie poczucie przestrzegania w Polsce praw człowieka. Żelazne 40% odpowie twierdząco gdyż głos w sondażu jest głosem za własnym odpowiedzialnym wyborem i honorem a nie odpowiedzią na pytanie. Kto szanujący swoje wykształcenie, inteligencję i wiarygodność przyzna się uczciwie: „myliłem się”? Dla chwały i autorytetu mądrych nie można ujawnić tak wielkiej tajemnicy.

Kiedy mądrzy brną, spada autorytet mądrych. Upadają zasady a moralność staje się piątym kołem u wozu w dążeniu do zwycięstwa, zwycięstwa okupionego dowolną ceną. Politycy mogą więcej, jednak jak traktować publicystów, organizacje czy drobnych komentatorów, którzy zgadzają się odgrywać rolę bezwolnych klakierów? Przeciwko komu działają odbijając jak echo polityczne osądy lub samodzielnie zmyślając przebiegłe ich zdaniem zarzuty? Przecież są obywatelami, czy nie dostrzegają tego, że zaczynają działać przeciwko samym sobie?

Dlaczego są głusi na decyzje trybunałów walczących o ich prawa, na oficjalne kłamstwa niejednokrotnie wypowiadane przez polityków z uśmiechem? Na złość Palikotowi? W kraju, w którym premier stwierdza publicznie, dobierając niezbyt fortunne eufemizmy, że protesty na ulicach zorganizowali złodzieje, że 200 tys. osób zrzeszonych w ‘fan-stronach’ zajmuje się piractwem i działa na rzecz mafii lub ku uciesze i na zlecenie konkurencji politycznej – nie dzieje się dobrze. Nie dzieje się dobrze gdyż minięta zostaje granica nie tylko profesjonalizmu ale i odpowiedzialności. Polityk reprezentuje prawo i rzucanie masowych oskarżeń jest czymś więcej niż naruszeniem zasady domniemania niewinności.

Na wybrzeżu w latach 70-tych użycie rozwiązań siłowych władza uzasadniła tym iż na ulice wylegli wichrzyciele i bandyci. 40 lat później podobne uzasadnienie stosuje premier demokratycznego kraju. Dlaczego to robi? Dlatego iż doskonale wie, że nie posiadamy praw, których przestrzegania domagamy się. Nie jesteśmy Europejczykami, jesteśmy tylko Polakami, których niezbywalne prawa ustalają w ramach widzimisię sądy. Uzasadniając swoją opinię premier stwierdził, że przy wprowadzaniu trudnych reform zawsze znajdzie się grupa tych, którym zmiany nie będą się podobać i nie zawsze ów sprzeciw jest całkiem szczery. Owszem – ale chodzi o sprzeciw parlamentarnej opozycji. Jaki jest sens konstytucyjnego prawa do zgromadzeń i protestów? Dla demokratycznego kolorytu? A może chodzi o umożliwienie wyrażenia sprzeciwu wobec wprowadzania regulacji naruszających prawa obywateli, regulacji które ukryto w trakcie kampanii? Czy protesty nie stanowią hamulca demokratycznego bezpieczeństwa? Kiedy wymagano od premiera nieugiętości i twardych posunięć wobec łamiących wszelkie normy politycznych konkurentów, premier milczał i pozostawał bierny. Wczoraj dokonała się diametralna przemiana, premier zaprezentował nieugiętość wobec obywateli domagających się przestrzegania norm.

 

 

Pokażcie tych artystów!

Styczeń 26, 2012 43 uwag


Wwalił ktoś widłami masę gówna w sieć, więc niech sobie z tym radzi. Co mi do tego.. tylko niech chęci sprzątania tej stajni nikt nie nazywa troską o wartość intelektualną czy artystyczną. Nazywajmy rzeczy po imieniu. 90% piractwa to obrót zwykłym odmóżdżającym gównem. W obronie wywłok z piórkiem w dupie pokazuje się masom Hołdysa, bohatera rocka-polskiego. Bądźmy rzetelni, pokażcie tych artystów, których prawa mają być chronione a okaże się, że będzie jak z poszukiwaniem żony w kawale. Po podaniu rysopisu mąż reflektuje się: A wiecie co? Nie szukajcie jej.

O jakiej wartości mowa kiedy ktoś każe mi nazywać artystą tępawą lolitę, która duka o tym jak ją didżej na stole wyobracał? Jak mówić o wartości gdy artystą nazywa się ulizanego zero-ćwoka, który zna dwa chwyty na krzyż ale laskom robi się mokro na jego widok? – do pornuchów a nie na scenę! Większość gwiazd to ekstra materiał dla pedofilów. Najpierw należałoby skazać 3/4 za plagiaty. Jakże to tak, ścigać zwykłych ludzi w ramach ACTA za zrobienie kopii z kopii? To raczej odzysk. Odbieranie tego co gamonie wcześniej ukradli – walka z piractwem. Internauci powinni ściągać i kontrolować czy któryś nie podpierdolił komuś tekstu czy numeru.

W odpowiedzi na prohibicję kanalarną zróbmy rewolucję kulturalną. Niech ministerstwo kultury postawi polski YouTube i płaci Kazikowi tantiemy za klip, niech byt żyje z reklam a Niemcom czy Francuzom niech wyświetla się napis „Materiał niedostępny w Twoim kraju”. Niech publiczna telewizja uwolni archiwa z filmami. Trudne? Wystarczy chcieć. Niech masy strajkujące na ulicach ruszą pod ministerstwo kultury i domagają się sztuki. Potem rozmawiajmy o chronieniu.
Wolna Sieć!

 

tu miał być jakiś klip, ale nie wiem czego słuchacie.
Dlatego będzie hamerykański Your Demise

Premierze, nie tędy droga (ACTA – kompendium)

Styczeń 25, 2012 34 uwag


Abraham i Lot – krewniacy a zarazem przywódcy pasterskich plemion – pokłócili się swojego czasu o dostęp do niewielkich pastwisk. W wyniku sporu, Lot przeniósł się wraz ze swoją drużyną pod rosnące w siłę i dostatek miasto Sodoma, słynące jak wiadomo z niebywałej rozpusty. W związku z notorycznymi ekscesami o charakterze seksualnym, znaczną liczbą przestępstw gospodarczych i tych będących skutkiem uzależnień, naruszeń ciszy nocnej a przede wszystkim z powodu małej pobożności czyli niestosowania się do boskich nakazów, stwórca postanowił interweniować. Zanim jednak powziął decyzję o ataku postanowił skonsultować ją z Abrahamem, który przekonywał: „Rozumiem Tato, że wpienia cię amerykanizacja życia, ale przecież nie wszyscy w Sodomie są źli”. Po krótkiej statystycznej licytacji bóg westchnął z rezygnacją: „Ok, jeżeli znajdę choćby 10 sprawiedliwych to zostawię miasto w spokoju”. W Sodomie nie funkcjonował niestety Instytut Pamięci Narodowej, dlatego też, poszukiwania zakończyły się porażką. Po powrocie bóg rzekł do Abrahama z nieskrywaną satysfakcją – „A widzisz?!:) Wiem, że jesteś humanistą ale ludzie to straszne gnidy, wierz mi”. W ostatniej chwili stwórca przypomniał sobie o sprawiedliwym Locie. Wysłał do niego anioły z następującą wiadomością „Pakuj manatki, zbieraj rodzinę bo jutro Ojciec twój robi w mieście Heysel.”. Bóg jak obiecał tak uczynił. Sodomę pochłonął deszcz siarki i pyłów.

Dalsza część tej niezwykłej historii jest wyjątkowo pornograficzna dlatego zainteresowanych dodatkową edukacją odsyłam do najbliższego kościoła, przede wszystkim jednak, część ta nie jest ważna w tym tekście. W tekście ważne jest to, że mówimy o trzech istotnych elementach. Sile sprawczej (premier), Sodomie (internet) i Locie (my). Problemem ze współczesną Sodomą jest to, że relacje grzeszników do niegrzeszących są skrajnie odmienne niż w jej starożytnym odpowiedniku. Owszem, dzieje się wiele złego, jednak czy z powodu 10 sodomitów w kilkumilardowym mieście należy zsyłać na miasto gniew boży (pozostawiam już na boku dyskusję o tym czy sodomia jest jasno określonym przestępstwem). We współczesnej historii nie dochodzi również do spotkania aniołów z Lotem, którego najwyraźniej bóg ma głęboko w dupie. Pozostaje więc domyślać się tego iż, pod pretekstem walki z przestępczością bóg chce uregulować wyłącznie kwestię wielkości pastwisk Abrahama (likwidując konkurencję).

Księga I – Genesis

Narażam Waszą wyobraźnię na wielkie męki, dlatego dość metaforom. Rzecz zaczęła się w roku 2006 kiedy przedsiębiorcy USA i Japonii dostrzegli złowróżbny wpływ rynku azjatyckiego na ich działalność. Chińczycy oferowali produkty podobne, coraz mniej odstępujące jakością od „zachodnich”, często bardziej uniwersalne a przede wszystkim katastrofalnie tanie. Postanowiono położyć kres zjawisku, lecz problemem stała się metoda. Nie można przecież zakazać produkcji i eksportu komukolwiek w świecie szanującym zasady wolnej konkurencji. Do „chińskich podróbek” realnie nie można było się również przyczepić. Były podobne, nosiły podobne nazwy „Reeboock”, „Sanny”, „Technix” ale przecież nie można opatentować sylab czy cyfr. Rozpoczęły się usilne poszukiwania haków. Nie było to trudne z uwagi na to, że rynki azjatyckie – choć głównie na własny użytek – oferowały miliardy regularnych falsyfikatów markowej odzieży, sprzętu RTV, oprogramowania czy nagrań. Produkcja ta wyciekała między innymi do Europy, USA, Japonii, Australii. Proceder generował ogromne, choć głównie szacunkowo określane straty, a przy okazji rosły w siłę coraz lepsze oryginalne azjatyckie marki będące w stanie śmiało konkurować z „zachodnimi”.

Miano jednego z chińskich zagrożeń brzmi Manta. Manta to producent bardzo uniwersalnego sprzętu RTV, a w tym odtwarzaczy dvd obsługujących znacznie więcej formatów plików niż Sony czy Philips. Tu warto zatrzymać się. Dzięki odtwarzaczowi Manta możliwe jest odtworzenie kopii filmów wykonanych m.in na komputerze. Firmy japońskie i amerykańskie, w porozumieniu z wielkimi wytwórniami, pracowały nad stworzeniem różnego rodzaju zabezpieczeń zarówno odtwarzaczy jak i filmów, zmierzając do tego by legalne filmy czy muzykę można było odtwarzać wyłącznie na markowym „zachodnim” sprzęcie. Wysiłki były daremne. Nie tylko z uwagi na antymonopolistyczne działania hakerów łamiących zabezpieczenia (polecam poczytanie o Fladze Wolności Słowa) ale i to, że pod chińskim niebem produkowano sprzęt z możliwością dokonywania niewielkich modyfikacji polegających m.in na zainstalowaniu pirackiego ‘softu’ (oprogramowania) umożliwiającego oglądanie czy kopiowanie legalnych wydawnictw.

Popyt na „chińszczyznę” nie był jednak wynikiem rozrostu przestępczych instynktów m.in. w Polsce czy na świecie. Produkty chińskie były i są po prostu tanie, gdy na produkty „zachodnie” stać było i jest jedynie lepiej uposażonych. Zachodni producenci broniąc się przez azjatycką inwazją zaczęli przenosić fabryki do krajów trzeciego świata (w tym także do Chin) w celu zmniejszenia kosztów produkcji a więc obniżenia cen – zwiększenia konkurencyjności. Owszem, dokonało się swoiste wyrównanie cenowych poziomów ale czy można „przebić” środkowoazjatyckiego producenta, który wciąż oferuje „więcej” za wciąż trochę „mniej”?

Monopolistyczna wizja legalnych zachodnich produkcji artystycznych (filmy, muzyka) dostosowanych do określonej puli zachodnich lub japońskich odtwarzaczy stała w miejscu. Znalezienie prawnego sposobu umożliwiającego wyeliminowanie środkowoazjatyckiej konkurencji wydawało się niemożliwie a na scenie coraz bardziej rozpychał się kolejny gracz- Internet. Rozrost produkcji porno odciągnął miliardy internautów od kin i punktów sprzedaży ckliwych para-erotycznych (konserwatywnych) hollywodzkich produkcji. W sieci egzystowali również white lub black hakerzy, z których pierwsi niesieni janosikowymi ideałami powszechnego dostępu dla ubogich, na potęgę łamali zabezpieczenia lub wykonywali darmowe lub megatanie podróbki m.in. drogiego markowego oprogramowania. (Black hakerzy zajmowali się juz typowym kopiowaniem legalnych treści w celach zarobkowych i kradzieżami). Koniec Hollywood i wielkich koncernów elektronicznych stawał się wizją coraz bardziej wyraźną.

Odsiecz pojawiła się niespodziewanie. Chęć dołączenia swoich szabel, zgłosili operatorzy telekomunikacyjni. Obiektem wspólnego zainteresowania były pliki przesyłane za pomocą sieci. Operatorom zależało głównie na zwiększaniu liczby usług bez konieczności rozbudowy łączy. Z uwagi na to że pliki graficzne, filmowe, muzyczne czy nawet strumieniowe video należą do danych „najcięższych” a zarazem potencjalnie podejrzanych, sposób na ich eliminację bardzo interesował ludzi od światłowodów. „Walka z piractwem” wydała się być genialnym rozwiązaniem. Rychło uruchomiono lobby i projekty trafiły pod strzechy polityków.

Niestety internet zareagował sprzeciwem. Ustalenie tego, który duży plik jest piracki a który nie, okazało się trudne. W przypadku kopii legalnego oprogramowania, książek czy nagrań pojawiło się pytanie o to czy możemy zakupioną rzecz pożyczyć znajomemu? Nie udało się m.in. ustalić ilu znajomych powinien posiadać przeciętny klient a liczba ta wahała się do kilku osób do kilkudziestu milionów. Próby wprowadzenia regulacji co rusz bojkotowano, prawdopodobnie dlatego iż ludzie od handlu i usług mało zajmowali się aspektami obywatelskich praw i wolności.

Genialny argument

Znienacka pojawił się genialny, chwytający za serca argument: ochrona własności intelektualnej. Czyż nie kochamy muzyków? Aktorów? Pisarzy? Przecież pod tą miłością zmieścić można nie tylko ideały zmonopolizowania rynku ale i zmuszenia ludzi do kupowania wyłącznie drogiego i markowego. Tak zrodziła się ACTA, która pod sztandarem walki o bezcenne wartości kulturalne zmieściła szereg całkowicie wymiernych korzyści których nijak nie potrafiono „przepchnąć” wcześniej.

ACTA jest dokumentem wyjątkowo starannie wygładzonym dlatego by nie drażnić m.in. europejskiego, kapryśnego odbiorcy przewrażliwionego na punkcie własnej wartości. Zawiera jednak kilka kluczowych warunków, które kraje podpisujące ‘pakt’ muszą spełnić. Warunki są określone ogólnie, lecz na tyle konkretnie, że na prawodawcach krajów „członkowskich” spoczywa obowiązek stworzenia odpowiednich narzędzi prawnych. W innym przypadku nadrzędnie będzie traktowane ACTA.

Psalmy

Pamiętacie zapewne rządowy projekt Indeksu Stron Zakazanych? Realnym celem było zniszczenie, a dokładniej : „dobranie się” do hazardu w sieci, który powodował ogromne straty budżetowe (brak dochodu). Walkę podparto ideą walki z pedofilią, który to pomysł skrytykowały nawet organizacje zajmujące się tropieniem pedofilii. Nie trudno uniknąć tu skojarzenia z nieszczęsną ustawą refundacyjną, która miała zlikwidować darowizny dla szpitali ze strony koncernów farmaceutycznych (korupcja, starty budżetowe) a wprowadzano ją pod hasłami troski nad pacjentem. Jak widać gdy cel jest inny niż deklarowany rzecz musi gruchnąć.

Podpisanie ACTA wprowadza nowość – umożliwia bowiem, stworzenie m.in. „indeksu stron zakazanych’ pod pretekstem „dostosowywania się do prawodawstwa UE”. Umożliwia stworzenie standardów ograniczających możliwość handlu i sprowadzania produktów niestandardowych (części zamienne), umożliwia stworzenie narzędzi kontroli (np. automatycznych filtrów sieci). Argument „dostosowywania” okazał się niezwykle skuteczny w kraju zamieszkałym w większości przez euroentuzjastów. Dziwi jedynie brak powszechnej refleksji nad tym, że wprowadzanie unijnych praw w Polsce niejednokrotnie prowadzi do tworzenia przepisów o wiele bardziej restrykcyjnych niż te, które przyjmują pozostałe kraje unii. Duma premiera z zejścia z listy krajów najbardziej pirackich robi dziwne wrażenie w porównaniu z tym, że w innych rankingach np. „nieprzyjazności przepisów dotyczących prowadzenia biznesu” walczymy chyba o czołowe lokaty. Priorytetowo traktowany interes państwa (jako instytucji) służący głównie uzyskiwaniu dochodu przez polityczną elitę i satelitów nie wygląda dobrze. Nie wygląda dobrze wprowadzanie przepisów tylnymi drzwiami co niestety pachnie najwyższych lotów korupcją. Co stało się z premierem?

 


Na obrazie Hendrika Goltziusa, pijany Lot z ocalonymi córkami przygotowuje się do procesu odradzenia gatunku ludzkiego po zagładzie Sodomy.

 

P.S.
(za interia.pl)
Podpisanie i ratyfikacja konwencji ACTA są niebezpieczne dla praw i wolności określonych w konstytucji – napisał generalny inspektor ochrony danych osobowych Wojciech Wiewiórowski w opinii, którą wysłał do resortu administracji i cyfryzacji. Zdaniem GIODO przyjęcie przez Polskę ACTA jest niewskazane, a wystarczającą podstawę do ścigania poważnych naruszeń praw autorskich dają przepisy o wymianie informacji między organami ścigania krajów UE. Generalny inspektor zwrócił też uwagę, że decyzja o podpisaniu ACTA nie została poprzedzona wystarczająco szerokimi konsultacjami.

——————-
(opis biblijny, w ramach dokonywania niezbędnych skrótów został nieznacznie zmodyfikowany)

————————————————

Styczeń 24, 2012 20 uwag

 

 

J.Godson (PO) w/s ACTA do min. Boniego

Styczeń 22, 2012 29 uwag

John Godson (PO) (do Boniego):
Interpelacja poselska ws. niebezpiecznej ustawy ACTA


Szanowny Panie Ministrze,

Zwracam się do Pana Ministra w związku ze sprawą ustaw ograniczających swobodę w Internecie. Jak z pewnością Pan Minister słyszał, 18 stycznia 2011 „amerykański internet” protestował przeciwko ustawom SOPA i PIPA, ograniczającym wolność słowa w Internecie, a potencjalnie umożliwiającym wprowadzenie cenzury. Tę groźbę na ten moment udało się odsunąć, jednak jak się okazuje, w Europie pojawiła się inna, dotycząca Polski bezpośrednio. Chodzi mianowicie o umowę ACTA – Anti-Counterfeiting Trade Agreement, która jest równie wielkim zagrożeniem dla Internetu, a zdecydowanie bliższym. Czemu tak naprawdę jednak jestem jej przeciwny, jeżeli założenia ma dość chwalebne, bo przecież ma bronić własności intelektualnej i zdrowej konkurencji? Okazuje się jednak, że zawiera w sobie wiele bardzo dziwnych zapisów, które mogą prowadzić do bardzo niepokojących zjawisk, w tym blokowania „niewinnych” stron internetowych; ponadto, nakłada na dostawców Internetu obowiązek „szpiegowania” swoich klientów, a do tego – do ujawniania ich danych prywatnym koncernom, jeśli tylko te wysuną takie żądanie, powołując się na rzekome złamanie ich praw przez daną osobę. Poza tym, sam proces tworzenia ACTA był absolutnie skandaliczny; całość prac toczyła się potajemnie, a gdy demokratyczne instytucje chciały mieć w nie wgląd (np. Parlament Europejski) tego wglądu im odmawiano. Byłoby to jeszcze do przełknięcia, gdyby proces przyjmowania był demokratyczny, oparty o parlamenty państw; jak się jednak okazuje, zgodę na tak niebezpieczne prawo wyrazić musi jedynie Rada Ministrów i to nie na oficjalnym posiedzeniu, w drodze głosowania, ale w trybie obiegowym.

Ustawa umożliwia wydanie nakazu udostępniania danych osobowych abonenta sieci Internet przez dostawcę na podstawie podejrzeń o naruszenie praw autorskich (sekcja 5, par27 pkt5). Jest zaprzeczenie zasady domniemania niewinności i może uczynić przestępcą każdego zanim zapadnie wyrok. Naraża to obywateli m.in. na utratę dobrego imienia jak i celowe dręczenia oskarżeniami i wymaga dowodzenia swojej niewinności. ACTA chroni de facto interesy wąskiej grupy mając niekorzystny wpływ na jakość życia przeciętnego obywatela dając korporacjom narzędzia do ataku.

Do podstawowych postanowień ACTA należy także możliwość zatrzymania z własnej inicjatywy czyli bez wyroku sądu partii towaru importowanego na podstawie wątpliwości co do jego legalności. Narusza to swobodę prowadzenia działalności gospodarczej i grozi znacznymi stratami przedsiębiorców wskutek przetrzymania ich własności co ogranicza czasowo kapitał spółki. W skrajnych przypadkach decyzja celnika może powodować upadłość. W ustawie pojawia się wiele wyrażeń nieścisłych jak ‘w rozsądnym terminie’ co daje służbom prawo do nieograniczonego przetrzymywania towaru, mowa również o ‘rozsądnej kaucji’. Te i wiele innych stwierdzeń daje szerokie pole do interpretacji i nadużyć.

W związku z powyższym, zwracam się do Pana Ministra z prośbą o odpowiedź na następujące zapytania:


Czy rząd zdaje sobie sprawę z potencjalnego ryzyka związanego z wprowadzeniem ustawy ACTA?

Dlaczego informacja o ustawie pojawiła się tak późno bez wcześniejszych wzmianek o jej wprowadzeniu?

Czy Ministerstwo rozważa zaniechanie wprowadzenia ustawy lub ewentualne jej zmianę jej najbardziej niebezpiecznych zapisów oraz tych nieprecyzujących jakie kary grożą za poszczególne wykroczenia?

Z poważaniem,

John Abraham Godson

(zródło: http://www.facebook.com/notes/pose%C5%82-john-godson/interpelacja-poselska-ws-niebezpiecznej-ustawy-acta/367232333303077)


Romskey:
Zamknięcie Megaupload jest przykładem funkcjonowania przepisu typu ACTA. Przypuszczam że rzeczywiście większość plików w tym przedsięwzięciu było nielegalnych. Były jednak także legalne. Co z nimi? Co z ochroną własności intelektualnej autorów tych plików? Czy tą własność można sobie zignorować gdyż nie stoi za nią Sony lub Uniwersal? Czy pojawi się może jakiś dobry wujek który zaprosi poszkodowanych do zamieszczania plików na swoim serwerze za 1 euro/h?

CYBER-WAR

Styczeń 22, 2012 9 uwag


Gdy pomyślę o tym, że rządowi nieudacznicy postawili systemy MON na podobnych zasadach co gov.pl to tylko czekać aż jakiś przedszkolak wpadnie na pomysł blokowania witryn w przypadku wojny. Ciekawi mnie jedynie dlaczego administratorzy usilnie zaprzeczają atakowi. Do póki TVN24 na dokładnych wykresach nie rozrysuje tego jak dokonuje się najprostszych ataków hakerskich można spać spokojnie. W tej chwili jest przynajmniej jakiś powód do zastanowienia się nad tym jak właściwie działa to wszystko. Wydatki administracji na podobne produkcje sieciowe spokojnie wystarczyłyby na postawienie potężnej serwerowni na Syberii, ale jak widać lepiej schować po parę groszy w kieszeniach kilku tysięcy etatowych asystentów i klepać chałturę.



Chuligani czy bohaterzy?
Anonymousi pomagali m.in. powstańcom Wiosny Arabskiej, blokowali serwisy Kadafiego.

 


Zamknięcie Megaupload jest przykładem funkcjonowania przepisu typu ACTA. Przypuszczam że rzeczywiście większość plików w tym przedsięwzięciu było nielegalnych. Były jednak także legalne. Co z nimi? Co z ochroną własności intelektualnej autorów tych plików? Czy tą własność można sobie zignorować gdyż nie stoi za nią Sony lub Uniwersal? Czy pojawi się może jakiś dobry wujek który zaprosi poszkodowanych do zamieszczania plików na swoim serwerze za 1 euro/h?
Romskey

————————————————————-
John Godson (PO) (do Boniego):
Interpelacja poselska ws. niebezpiecznej ustawy ACTA


Szanowny Panie Ministrze,

Zwracam się do Pana Ministra w związku ze sprawą ustaw ograniczających swobodę w Internecie. Jak z pewnością Pan Minister słyszał, 18 stycznia 2011 „amerykański internet” protestował przeciwko ustawom SOPA i PIPA, ograniczającym wolność słowa w Internecie, a potencjalnie umożliwiającym wprowadzenie cenzury. Tę groźbę na ten moment udało się odsunąć, jednak jak się okazuje, w Europie pojawiła się inna, dotycząca Polski bezpośrednio. Chodzi mianowicie o umowę ACTA – Anti-Counterfeiting Trade Agreement, która jest równie wielkim zagrożeniem dla Internetu, a zdecydowanie bliższym. Czemu tak naprawdę jednak jestem jej przeciwny, jeżeli założenia ma dość chwalebne, bo przecież ma bronić własności intelektualnej i zdrowej konkurencji? Okazuje się jednak, że zawiera w sobie wiele bardzo dziwnych zapisów, które mogą prowadzić do bardzo niepokojących zjawisk, w tym blokowania „niewinnych” stron internetowych; ponadto, nakłada na dostawców Internetu obowiązek „szpiegowania” swoich klientów, a do tego – do ujawniania ich danych prywatnym koncernom, jeśli tylko te wysuną takie żądanie, powołując się na rzekome złamanie ich praw przez daną osobę. Poza tym, sam proces tworzenia ACTA był absolutnie skandaliczny; całość prac toczyła się potajemnie, a gdy demokratyczne instytucje chciały mieć w nie wgląd (np. Parlament Europejski) tego wglądu im odmawiano. Byłoby to jeszcze do przełknięcia, gdyby proces przyjmowania był demokratyczny, oparty o parlamenty państw; jak się jednak okazuje, zgodę na tak niebezpieczne prawo wyrazić musi jedynie Rada Ministrów i to nie na oficjalnym posiedzeniu, w drodze głosowania, ale w trybie obiegowym.

Ustawa umożliwia wydanie nakazu udostępniania danych osobowych abonenta sieci Internet przez dostawcę na podstawie podejrzeń o naruszenie praw autorskich (sekcja 5, par27 pkt5). Jest zaprzeczenie zasady domniemania niewinności i może uczynić przestępcą każdego zanim zapadnie wyrok. Naraża to obywateli m.in. na utratę dobrego imienia jak i celowe dręczenia oskarżeniami i wymaga dowodzenia swojej niewinności. ACTA chroni de facto interesy wąskiej grupy mając niekorzystny wpływ na jakość życia przeciętnego obywatela dając korporacjom narzędzia do ataku.

Do podstawowych postanowień ACTA należy także możliwość zatrzymania z własnej inicjatywy czyli bez wyroku sądu partii towaru importowanego na podstawie wątpliwości co do jego legalności. Narusza to swobodę prowadzenia działalności gospodarczej i grozi znacznymi stratami przedsiębiorców wskutek przetrzymania ich własności co ogranicza czasowo kapitał spółki. W skrajnych przypadkach decyzja celnika może powodować upadłość. W ustawie pojawia się wiele wyrażeń nieścisłych jak ‘w rozsądnym terminie’ co daje służbom prawo do nieograniczonego przetrzymywania towaru, mowa również o ‘rozsądnej kaucji’. Te i wiele innych stwierdzeń daje szerokie pole do interpretacji i nadużyć.

W związku z powyższym, zwracam się do Pana Ministra z prośbą o odpowiedź na następujące zapytania:

Czy rząd zdaje sobie sprawę z potencjalnego ryzyka związanego z wprowadzeniem ustawy ACTA?
Dlaczego informacja o ustawie pojawiła się tak późno bez wcześniejszych wzmianek o jej wprowadzeniu?
Czy Ministerstwo rozważa zaniechanie wprowadzenia ustawy lub ewentualne jej zmianę jej najbardziej niebezpiecznych zapisów oraz tych nieprecyzujących jakie kary grożą za poszczególne wykroczenia?

Z poważaniem,

John Abraham Godson

Prawo Naciskowe (ACTA, narkotyki, etc.)

Styczeń 21, 2012 11 uwag


„Prawo naciskowe” – jako pojęcie encyklopedyczne nie istnieje choć samo zjawisko było niejednokrotnie szeroko opisywane. Postanowiłem użyć tego sformułowania gdyż jako społeczeństwo potrzebujemy zrozumiałych, niemal symbolicznych definicji, które zastąpią nam enigmatyczny prawniczy bełkot produkowany na skalę masową przez usłużnych ekspertów sowicie wynagradzanych przez rządy. Analiza bełkotu trwa a czas działa na korzyść wprowadzających szkodliwe społecznie prawa metodą ‘za pięć dwunasta’. O ile zagląda do tego bloga, ktoś rozumiejący powyższy argument a jednocześnie jest lepiej zorientowany w sferze standardowego nazewnictwa zwracam się z prośbą o wsparcie.

Zanim przejdę do ‘prawa naciskowego’ zdefiniuję bardziej ogólne, również robocze określenie: „polityczne rozwiązanie systemowe„. Rozwiązaniem takim jest np. zamknięcie targowiska pod zarzutem tego, że kilku straganiarzy handlowało nielegalnymi produktami. Celem takiego działania jest osiągnięcie natychmiastowego politycznego efektu (tu: pozorna likwidacja nielegalnego handlu) bez najmniejszej refleksji nad negatywnymi skutkami czyli m.in pozbawieniem pracy i miejsca zbytu uczciwych kupców. Pośpiech i radykalizm postępowania polityków wynikają z obawy o spadek notowań w wyniku ewentualnej bierności. Bierność taka zostałaby natychmiast podchwycona przez opozycję, która pompując balon społecznych napięć może wywołać nawet uliczne protesty, które rzucą cień na kreowane przekonanie o stabilnym funkcjonowaniu państwa. Nie jest jednak naszą rolą wykazywanie zrozumienia dla tego stanu rzeczy, gdyż płaszczyzna intencji wdrażających tego typu projekty znajduje się na poziomie walki politycznej a nie troski o dobro społeczeństwa.

Wyrazistym przykładem ‘rozwiązania systemowego’ było np. zamknięcie sklepów z tzw. dopalaczami pod wpływem silnie nagłośnionych przez media kilku przypadków zagrożenia zdrowia nieletnich. W wyniku tego ruchu, kilka tysięcy ludzi straciło pracę, budżet stracił ogromne wpływy a kilkaset tysięcy lub kilka milionów konsumentów zostało zmuszonych do poszukiwania substytutów stosowanych produktów na czarnym rynku. Z mediów zniknął zarzut nieudolności władzy ale nie problem gdyż problem znalazł się w szarej strefie.

„Prawo naciskowe” jest zwykle pokłosiem opisanych wcześniej działań. W społeczeństwie powstaje atmosfera niewiedzy dotyczącej tego co jest lub co nie jest legalne. Taki stan rzeczy skutkuje tym iż obywatel nie potrafiąc rozstrzygnąć czy jego działanie nosi znamiona przestępstwa, rezygnuje także z praw gwarantowanych przez konstytucję czy międzynarodowe umowy dot. praw człowieka. Prawo nosi pozory liberalnego a jednocześnie stawia obywatela w narożniku.

Cienie konserwatyzmu

Rządy konserwatystów/republikanów kojarzone są z presją wywieraną przez władze, które zaburzają poczucie wolności i bezpieczeństwa obywateli. „Nie wiesz? – nie rób”. To bardzo wygodne i w Polsce mamy do czynienia wręcz z patologią zjawiska. Ogromna część praw jest skonstruowana tak, że rozstrzygająca decyzja leży w rękach sędziów a nie litery prawa. Taka forma „społecznego wychowywania” jest katastrofą w demokracji gdyż przed popełnieniem wykroczenia lub przestępstwa hamuje obywateli lęk a nie zrozumienie szkodliwości społecznej czynu. Nie przebierając w słowach mamy do czynienia z tresurą a nie wychowaniem, które wymaga długotrwałej społecznej edukacji, zrozumienia społecznych potrzeb, zachęcania do obywatelskiej odpowiedzialności, samodzielności, pracą i kosztami, które nie są jednak nigdy kosztami straconymi tak jak nie uważamy za stratę procesu szkolnej edukacji.

Tendencja do stosowania omawianych rozwiązań, ma swoje źródło w tym iż realizujący je ludzie bardzo często przenoszą w życie społeczne praktyki wychowawcze, którym byli poddawani osobiście. Ich świat zamykał się m.in w obszarze różnorodnych tabu, przemilczeń, hierarchicznej strukturze rodziny i otoczenia, systemie surowych kar, edukacji pamięciowej przy zmarginalizowaniu elementu zrozumienia. Takie tematy jak seks, narkotyki, niezależność, samodzielne myślenie są im praktycznie obce a zasada „cel uświęca środki” jest zazwyczaj metodą pokonywania życiowych wyzwań. Nakładanie sankcji na rządy w celu wymuszania określonych skutków społecznych a w rezultacie politycznych i gospodarczych, cenzura czy zatajanie niewygodnych danych to charakterystyczne dla konserwatystów elementy polityki zagranicznej ale i wewnętrznej.

Obywatelskie nieposłuszeństwo

Formą sprzeciwu wobec takich działań jest bierny opór. Obywatele mają prawo do sprzeciwu wobec działań noszących znamiona odpowiedzialności zbiorowej (!). Narzędziem walki z omawianymi negatywnymi działaniami politycznymi jest często protest, który podważa autorytet sprawujących władzę gdyż ujawnia wady pozornie prawidłowo pełnionych, stabilnych rządów. Rozwiązanie to jest jedynym gdy nie pojawia się chęć dialogu.

Kiedy cele protestu nie zostają sprecyzowane
Istnieje ogromne niebezpieczeństwo w podejmowaniu protestu przy wsparciu zorganizowanych politycznych sił opozycyjnych. Nie jest tajemnicą m.in. to, że kraje demokratyczne wspierają finansowo opozycję np. na Białorusi czy w Rosji. Wykrycie takiego finansowania oznacza przekreślenie szans na osiągnięcie przez protestujących swoich celów. Zarzuty kolaboracji, sterowania czy zdrady uruchamiają proces natychmiastowego spadku wiarygodności uczestniczących w proteście.
Wokół każdej grupy protestującej w imię praw obywatelskich pojawiają się również populiści, którzy poszukują dodatkowych głosów wyborczych bez zamiaru realizacji celów manifestantów. Obecność polityków PiS w trakcie manifestacji związkowców, obecność polityków SLD w trakcie parad równości – to barwne przykłady. Obroną przed negatywnym wykorzystaniem społecznych oczekiwań jest skupianie się wokół niezależnych społecznych organizacji, działających dość długo i dość długo zajmujących się walką o konkretne społeczne cele. Organizacje te stają się zasobnikami skrystalizowanej wiedzy dot. istoty protestów. Politycy powinni być adresatami postulatów społeczeństwa a nie ich kreatorami.

Filary protestu
Obywatele domagający się swoich praw muszą skonkretyzować oczekiwania. „ZNAJ SWOJE PRAWA” – oznacza domaganie się i wymuszenie na władzy jasnego określenia praw obywatelskich. Przykładem może być jasne ustalenie „dopuszczalnej ilości posiadanych miękkich narkotyków zapisanej w prawie”. Obywatel musi wiedzieć kiedy popełnia wykroczenie lub przestępstwo. W krajach szanujących obywateli określono tego rodzaju pułapy. Zarówno handel jak i posiadanie narkotyków w niedopuszczalnej ilości są przestępstwami całkowicie odległymi od problemu narkomanii i jej społecznych skutków, co próbuje się nieudolnie wiązać, aby rozbić spójność postulujących uregulowanie niejasnych przepisów.
Policjant w Teksasie nie ocenia szkodliwości czynu lecz reaguje na łamanie prawa. W Polsce mamy przykład żenującej sytuacji, w której policjant na wszelki wypadek zatrzymuje podejrzanego, gdyż sam nie potrafi określić czy doszło do naruszenia przepisów, o których interpretacji zadecyduje finalnie sędzia. Taka sytuacja może prowadzić m.in. do pozbawiania wolności obywateli na czas prowadzenia czynności procesowych. Przyspieszenie pracy sądów jest fikcją gdyż nie likwiduje głównego problemu – braku prawnej definicji. Istnienie takiej definicji pozwala już w trakcie zatrzymania ocenić czy prawo zostało złamane czy nie.

ACTA – furtka dla cenzury

Nie wszystkie prawa mogą być klarowne, jednak w dużym ich obszarze korzystne społecznie regulacje są możliwe. U podstaw ACTA znajdują się dążenia wielkich koncernów medialnych i wytwórni, które szukają sposobu na walkę z piractwem pozbawiającym je ogromnych dochodów. Problem stworzył internet, który stał się pirackim rajem. Oprotestowanie tej regulacji będzie skazane na niepowodzenia gdy protestujący nie potępią w sposób jednoznaczny nielegalnego kopiowania cudzej własności. Nawet gdy dojdzie do zablokowania procesu legislacyjnego władza przygotuje tak enigmatyczny projekt ustawy, że próba jego podważenia nie wygra wyścigu z czasem. Podkupowanie organizacji animujących protesty, z których wyłaniana jest reprezentacja jest również normą.

Co jest groźne w ACTA. Realnym zagrożeniem, które niesie ze sobą ACTA jest to, że interes wytwórni jest przykrywką dla realizacji interesów politycznych. Lobbyści musieli zaoferować układ dający wymierne korzyści polityczne gdyż inaczej nie zainteresowaliby swoimi dążeniami polityków. Interes ten zawiera się w pojęciu „bezpieczeństwa narodowego”. Mówiąc najprościej, pod pretekstem walki z piractwem, możliwe stanie się blokowanie ośrodków opiniowania decyzji władz związanych m.in. z działaniami zbrojnymi np. ewentualnego ataku na Iran, ujawniania kompromitujących danych na temat obecności we współczesnych misjach czy ujawniania niewygodnych informacji gospodarczych.

Co można zaproponować

Zasadniczo należy dotknąć podstaw powstania samego projektu ACTA. W tym zakresie możemy domagać się od polityków m.in dostrzeżenia faktu iż cena legalnych publikacji jest wywindowana do maksymalnej wysokości co powoduje iż z takich produktów nie skorzystalibyśmy gdyż nie pozwala na to nasza sytuacja nabywcza. Swojego czasu udało się osiągnąć konsensus w postaci specjalnych edycji płytowych, które miały przystępną cenę lecz opatrzone były warunkiem wyłącznej dystrybucji na terenie naszego kraju. „Albo niższa cena ale żadnych dochodów. Należałoby wykazać iż fakt ograniczania dostępu nie wpłynie na zyski z legalnej sprzedaży.„. Mimo wszystko jesteśmy Europą Wschodnią.

W kwestii ochrony praw autorskich uznano iż rozwiązaniem może być blokowanie serwisów wymiany plików z uwagi na dokonywane nadużycia. Tworzenie rejestrów stron zakazanych lub blokowanie witryn było błędnym kierunkiem. Kierunkiem demokratycznym jest tworzenie listy witryn legalnych, których właściciele deklarowaliby iż treści udostępniane przez nich są legalne. Przykładem konsensusu jest np. serwis You Tube, który udostępnia możliwość oglądania i dosłuchiwania online materiałów chronionych prawem autorskim dzięki podpisaniu stosownych umów dotyczących dzielenia dochodu z reklam z wytwórniami płytowymi, filmowymi etc. Współcześnie odpowiedzialność po stronie użytkownika praktycznie nie istnieje.

Wolność słowa – jest głównie kwestią własnej odpowiedzialności, jednak my społeczeństwo nie musimy kierować się normami politycznymi i oceniać np. politycznej szkodliwość ujawnienia danych na temat stosunku ofiar cywilnych do wojskowych np. w trakcie wojny afgańskiej. Jako globalne społeczeństwo występujemy w obronie najwyższych wartości, którymi są życie i godność ludzka. Jeżeli postępujemy w obronie tych wartości nasze działania winny zostać uznane za usprawiedliwione. Mamy prawo do publicznego reagowania w przypadku łamania praw człowieka. Mamy prawo do gwarancji nienaruszalności wolności słowa o ile wolność ta nie jest pretekstem do nawoływania do popełnienia przestępstw lub umyślnej dezinformacji.

Poważną luką ACTA jest to, że możliwość blokowania witryn spoczęłaby na operatorach, administratorach którzy byliby niejako odpowiedzialni za treści zamieszczane w serwisach znajdujących się pod ich pieczą. Z uwagi na mnogość witryn, realizacja takiej kontroli opierałaby się głównie na donosach a więc i prowokacjach. Czy tzw. biznes może skutecznie zastąpić organy prawa? Nie można zapomnieć również o tym iż o eliminację portali wymiany plików, portali video, zabiegają od kilku lat usługodawcy telekomunikacyjni którym zależy na maksymalnej przepustowości łączy uzyskanej jak najmniejszym kosztem. Czy istnieją gwarancje iż usługodawcy nie uciekną się do nadużyć w celu eliminacji szkodliwych dla ich biznesu serwisów? Czy istnieją gwarancje iż tego rodzaju nadużycia nie będą motywowane politycznie?

——————-
Temat jest złożony ale znalezienie rozwiązań opartych na kompromisie jest możliwe. Obywatele muszą znać swoje jasno sprecyzowane prawa. Pozostawianie tej kwestii swobodnym interpretacji sędziów, którzy nie są wolni od nacisków i osobistych oczekiwań, jest prostą drogą do ograniczania demokratycznego rozwoju państwa. Prawo musi służyć i chronić obywateli, nie może stawać się narzędziem realizowania celów służących wyłącznie powiększaniu obszarów władzy politycznej lub osiągania indywidualnych materialnych zysków. Mandat sprawowania władzy kończy się wraz z naruszeniem niezbywalnych praw obywatela.

Wybór socjaldemokraty Martina Schulza na przewodniczącego PE ukazał wady rządów konserwatywnych. Nie oznacza to iż idee socjaldemokratyczne są doskonałością samą w sobie. Demokracja znajduje się jak zwykle po środku.

 

 

P.S.
Sporo tego a może całkiem mało, z uwagi na to, że omówionym zagadnieniom poświęcano całe tomy. Nie można jednak poruszyć tematu pomijając uzasadnienia. Skondensowanie informacji jest możliwe, jednak byłby to ruch w stronę marketingowych teorii, które w dużej mierze są całkowitą fikcją i głaskaniem naszego lenistwa i skłonności do ignorancji. Póki co otrzymaliście częściowo poukładane puzzle.

Czy Lepper został zadźgany przez Zenona T.? Znamy odpowiedź

Styczeń 20, 2012 13 uwag

Nie.


(a teraz poklikajcie w reklamy)

Plany rządu.. a „spocona” kiełbasa (6-ta tona)

Styczeń 19, 2012 4 uwag


Bismarck uważał, że robienia kiełbasy i polityki ludziom nie należy pokazywać. I słusznie, to w jaki sposób osiągane są różne cele jest dość paskudne a sławetne „wałbrzyskie rozmowy” czy „taśmy Beger” wyjątkowo klarownie zilustrowały zagadnienie. Kłopot w tym, że trudno dziś znaleźć rozsądną granicę między walką wewnątrzpartyjną, międzypartyjną, dyplomacją, ustawodawstwem, czyli wszystkim tym co z polityką kojarzymy gdyż kojarzymy wszystko.

Co ma do tego spocona kiełbasa lub tłuste jabłka? Ma to, że podobnie jak plony działań politycznych otrzymujemy produkty, który zachowują się dziwnie, czyli odbiegają w swojej charakterystyce od norm, które przyjęliśmy za właściwie lub dopuszczalne.
Kupujemy lepiące się jabłka. „Cóż” – myślą niektórzy – „zima, plantatorzy muszą kombinować abyśmy mieli owoce zimą, więc smarują je olejem, co by nie zgniły. Zmyć się tego nie da, człowiekowi wydaje się że je brudne a w smaku praktycznie normalne, jakiś czort”.

Wśród konsumentów, zawsze znajdzie jakiś dociekliwy, który odkryje to że, u licha, pięć lat temu nie doświadczaliśmy takich atrakcji. „A może jakaś trucizna?”. Dalejże do internetu szukać przyczyn i przerzuć tony podobnych domysłów bez wiedzy jak rzecz nazwać. Szczęściarze po godzinach spędzonych przy monitorze dowiedzą się m.in. tego, że jabłka zachowują się tak od wieków albo i tysiącleci a my jesteśmy przewrażliwieni. Coś musi więc tkwić w przechowywaniu. Wertujemy dane, gdyż aby jabłko było 5 miesięcy świeże musi być jakiś szwindel. Coś jest, naturalne woski(?), powłoki jadalne, aby nie gniło… skład… zastrzeżony.. ale jadalne (w większości, przebadane). O! Złe opakowania palet z folii nieprzepuszczalnej oraz to że nie wszyscy przechowywacze mają na rachunki za prąd konieczny do zasilania chłodni. No ale zmowa jakaś? Wszyscy naraz? Nagle gdzieś w otchłaniach informacji technicznych znajdujemy odpowiedź, która powoduje chęć przeklinania. Produkty niepokryte powłokami jadalnymi tracą na wadze a dokładnie odparowuje z nich woda. Czyli mówiąc prosto, gdy wwalimy 5 ton jabłek do chłodnej szopy w sierpniu, to w lutym wyjmiemy 4 tony, w tym jedna tona będzie zgniła. Z punktu widzenia kupca: żaden interes gdy z powłoką będziemy mieli 6 ton.
Z kiełbasą jest podobnie. Tłusta jakby jad kiełbasiany poczuł potrzebę nadprodukcji ale po ‘oczyszczeniu’, w smaku normalna. Czasem przy myciu ciepłą wodą, możemy zaobserwować np. to że z śliskich kabanosów schodzi jakaś pół-organiczna folia, której za nic nie dostrzegliśmy wcześniej. Cóż, kiełbasa również wysycha i traci na wadze, wpompowane w nią litry wody i innej chemii nie mogą sobie od tak odparować. Mięso na wystawie musi być lśniące świeżością, choćby leżało rok.

Powstaje więc pytanie: Czy powłoki jadalne tak jak polityka służą ludziom czy producentom i politykom? Po co właściwie to pytanie? Mamy co chcemy, jabłka w środku zimy, możemy z tym żyć choć tracimy ostatnią przyjemność z konsumpcji. Wiemy też, że na lepki syf nie zgodzilibyśmy się domagając się jabłek w styczniu. Pozostaje jednak ostatnie pytanie, które nie jest już tak proste do zbycia. Skoro 5 lat temu udawało się jakoś rzecz zorganizować to skąd problemy dzisiejsze? O co chodzi z tą 6 toną? I tu niestety zaczyna się las. Odpowiedzi jest multum, zamiast sprowadzać lepiej przechowywać, walka konkurencyjna, poszukiwania bezstratnych technologii. Bądź tu mądry…

Przejrzałem plany rządu na rok 2012 a nawet 2013 czyli, pomny doświadczeń z ubiegłej kadencji, zainteresowałem się zapobiegliwie technologią przechowywania. Jest tego trochę i trzeba po całej sieci zbierać, gdyż jak zwykle nie udało się nikomu z rządu wypromować strony z taką informacją. Tu dać mundurowym, tu stworzyć kolejną opiekę społeczną, uregulować limity zadłużania samorządów, jakieś poprawki do tego czy nieruchomości to własność samorządu czy Skarbu Państwa, podniesienie składki rentowej dla przedsiębiorców bo budżet nie wydoli, zmniejszyć ilość jednych okienek, kwotowe dodatki do emerytur ogółem, grzebanina w KRUSie, przyspieszenie procesów sądowych, kilka dość tajemniczych (sprawy dotyczące szybkości procesów w kwestii nagrań dźwiękowych) itd. itp.

Make up? Kto to napisał? Poniższy wycinek dotyczy spraw, które część obywateli zachwyconych radosnym rozwojem, autostradami i chodnikami nie widzi. Zniosę obojętność.
Co z umowami śmieciowymi? Co z pobudzaniem drobnej przedsiębiorczości nie tylko przepisami? Co ze swobodami obywatelskimi? Co z debilstwami sądowymi? Co ze straszeniem obywateli prawem przez naciągaczy? Co z ludźmi nie posiadającymi żadnych środków do życia? Co z demokracją w sklerykalizowanym państwie? Co z pognaniem w cholerę półmilionowej bandy urzędasów administracji państwowej?

Smarujemy więc, dla 6-tej tony? Smarujcie. Idzie chyba wojna z Iranem, ilu żołnierzy tym razem poślemy? Któremu krajowi wyliżemy gratis odbytnicę?
Walczymy jedynie o wskaźniki bo unia nie da? Podnosimy paliwa? 23% VAT na kulturę zamiast 2% in plus? Ukrywamy dane? Zapychamy rzeczywistość Smoleńskiem? Daleko do tej naszej Europy.

Jedna rzecz wpienia mnie w tej chwili najbardziej. Politycy są tak zmęczeni tym smarowaniem, że są dłużej na urlopach niż w pracy. Podobno wypoczywają, bo ile może wytrzymać codziennych walk bokser zawodowy? Tylko problem jest taki, że ludzie nie mają podobnego komfortu i nie wypoczywają a gdy nie wypoczywają stają się drażliwi. Gdy stają się drażliwi łatwo ich wkurwić. Powodzenia życzę.

 

 

 

REKLAMA NIESPONSOROWANA
(nie należy wiązać przekonań zawartych w powyższej notce z treściami prezentowanymi w Chełstowski LIVE)

 

 

O godz. 20.30 prawie codziennie, Walter Chełstowski zaprasza na „osobistą telewizję nieinwazyjną”. Zajrzyjcie. Chcecie coś dodać, wymienić uwagi, powiedzieć co o tym sądzicie, zadzwonić, pogadać – wszystko pod ręką.

Chelstowski Live TV

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.